maja 02, 2022
#58 Willa, dziewczyna z lasu - Robert Beatty

"Czasami brak słów to dokładnie tyle słów, ile trzeba."
PS. Ostrzegam, niektórym wrażliwszym jednostkom może zakręcić się łezka pod koniec.
Cykl: Willa

"Czasami brak słów to dokładnie tyle słów, ile trzeba."
W ostatnim czasie miałam dość sporo na głowie. Praca, życie, obowiązki... Nawet lektury dobierałam sobie z jakiegoś powodu raczej ciężkie. Brakowało mi chwili odpoczynku, wytchnienia, czegoś lekkiego do czytania, co nie zmusiłoby mojego zmęczonego mózgu do większego, niż konieczny, wysiłku. Kiedy trafiła w moje ręce książka, której opis sugerował, że jest tym, czego szukam. Nie zastanawiając się długo, zaczęłam czytać.

"Patrick odczuwał tęsknotę za życiem, którego doświadczał. Coś go od niego odciągało. Był jednocześnie uczestnikiem własnego życia i duchem, ciałem astralnym obserwującym i osądzającym swoje ziemskie wcielenie. Czuł się obcy we własnej skórze. Cała radość go opuściła, ustępując miejsca przygnębieniu. Szczęście jest, tak czy inaczej, ulotne, kiedyś musiało się skończyć."
Patrick, gej, który już dawno temu wyszedł z szafy i którego kariera telewizyjnej gwiazdy minęła już jakiś czas temu, żyje sobie spokojnym życiem w Los Angeles. Niestety, jego najlepsza przyjaciółka i bratowa w jednym umiera, a brat Patricka udaje się na odwyk, powierzając mu swoje dzieci. Była gwiazda broni się przed wzięciem na siebie odpowiedzialności rękami i nogami, ponieważ sam nigdy nie chciał mieć dzieci i kompletnie nie wie, jak rozmawia się z małymi istotami ludzkimi. Maisie i Grant szybko jednak zajmują znaczną część serca głównego bohatera. Jednak czy tej trójce uda się poradzić sobie z żałobą? Czy uda im się stworzyć więź?
Żałobę każdy przechodzi inaczej. Jedni płaczą w poduszkę, inni w ogóle jej nie zauważają, jeszcze inni stają się puści w środku. O ile dorosłym jest trochę łatwiej, bo lepiej rozumieją mechanizmy rządzące światem, życiem i śmiercią, to dzieciom trudniej jest wytłumaczyć, że nie przytulą już więcej ukochanej osoby. Patrick został z tym zadaniem całkiem sam, bo prócz gosposi i trzech sąsiadów, z którymi utrzymuje raczej kontakt na dystans, nie ma nikogo bliskiego. Sam od wielu lat musi radzić sobie z żałobą po ukochanym. Opieka nad dziećmi idzie mu z dnia na dzień coraz lepiej, nie tylko główny bohater przekazuje dzieciom mądrości życiowe i cały dekalog zasad do przestrzegania w przyszłości, ale i uczy się od Maisie i Ganta, że różne nowinki, wcale nie są najgorsze na świecie.
Pomimo motywu żałoby i odwyku książka ma swoje zabawne momenty. Nie raz i nie dwa śmiałam się podczas lektury, co raczej nie zdarza mi się zbyt często. Zarówno główny bohater jak i dzieci swoim zachowaniem i wypowiedziami wywoływali uśmiech na mojej twarzy. Pytania, które potrafią wymyślić tylko dzieci (np. jaki dzień był ostatnim dniem dzieciństwa Patricka) również i mnie skłaniały do refleksji nad własnym życiem. O ile dzieci w książkach mają tendencję do denerwowania mnie, tak Maisie i Grant byli wyjątkami od tej reguły. Bardzo sympatyczne dzieciaki, inteligentne i zabawne.
Żeby nie było znów tak kolorowo to muszę się do czegoś przyczepić, ale na 416 stron jedna rzecz to tyle co nic. Grant sepleni, nic dziwnego, bo jest dzieckiem, któremu wypadają mleczaki. Kłopot w tym, że wszystkie jego wypowiedzi były stylizowane na seplenienie, więc za każdym razem musiałam się zatrzymać i sobie przetłumaczyć, co powiedział. Jednak wybijanie z rytmu było zazwyczaj tylko chwilowe, a powrót do historii bezproblemowy.
Dla kogo jest ta książka? Pomimo swojej lekkości i dużego udziału dziecięcych bohaterów to rekomendowałabym ją osobom co najmniej 16+. Zdarzają się takie fragmenty, które niekoniecznie powinny być czytane przez osoby młodsze, ale żeby nie było - w książce nie ma niczego gorszącego.
Życzę sobie więcej takich lektur: przyjemnych, zabawnych, lekkich, ale z głębią i poruszających trudniejsze tematy. Chociaż mamy dopiero kwiecień, wiem, że książka Stevena Rowley'a trafiła na listę moich tegorocznych ulubieńców. Idąc śladem Patrcka, Maisie i Granta sprawię sobie chyba w tym roku różową choinkę. Czemu różową? Aby zrozumieć sami musicie przeczytać "Gujcia", do czego serdecznie Was zachęcam!
Ocena: 9/10
Liczba stron: 416
O książkach Coleen Hoover jest głośno już od bardzo dawna. Jeszcze kiedy funkcjonowałam w blogosferze 10 lat temu pojawiało się jej nazwisko dość często, a ja nigdy nie chwyciłam za żadną książkę tej autorki. Wydawało mi się, że jej książki to romansidła dla nastolatków i kompletnie mnie do nich nie ciągnęło. Ostatnio na moim bookstagramie zapytałam obserwujących o książki, które ich zachwyciły, jedną z odpowiedzi było "wszystkie książki Colleen Hoover", więc znalazłam pierwszą z brzegu na LubimyCzytać.pl, zaczęłam czytać... i przepadłam. Co ta książka zrobiła z moimi emocjami...

"Kiedy stoimy z boku, łatwo myśleć, że gdyby ktoś nas krzywdził, odeszlibyśmy od niego bez zastanowienia. Łatwo powiedzieć, że nie moglibyśmy kochać kogoś, kto nami poniewiera. To nie my czujemy miłość do tej osoby."
Lily Bloom jest młodą kobietą, która w dzieciństwie doświadczyła przemocy domowej. Nigdy nie potrafiła zrozumieć matki, która nie odeszła od ojca, mimo że ten ją bił. Obiecała sobie, że nigdy nie dopuści do sytuacji, kiedy to ona będzie ofiarą przemocy. W życiu Lily pojawia się Ryle, przystojny neurochirurg, który jednakże nie jest zainteresowany związkami dłuższymi, niż na jedną noc. W życiu Lily oprócz Ryle pojawia się dawno niewidziany znajomy, którego powrót wywraca wszystko do góry nogami.
Nie jestem w stanie opisać, co ta książka zrobiła z moimi wnętrznościami. Początkowo sądziłam, że to faktycznie będzie jakiś romans dla nastolatek, całkiem przyjemny nawet, momentami zabawny i trochę trzymający w napięciu. Ale to, co się podziało później wywróciło mi wszystko o 180 stopni. Przechodziłam od śmiechu przez szok do złości i z powrotem. Kompletna karuzela emocjonalna. Już dawno żadna książka nie podziałała na mnie tak, jak ta.
Fabuła przedstawia nam zarówno wydarzenia dziejące się aktualnie, jak i te, które były w przeszłości, dzięki listom, które pisała Lily. Za ich pośrednictwem poznajemy historię znajomości z Atlasem oraz sytuację, jaka panowała w jej domu. Cóż, nie jest to łatwa tematyka i wydaje mi się, że nie jest często poruszana w książkach, po które mogą sięgnąć i nastolatkowie i dorośli, a przynajmniej ja raczej się z takimi powieściami nie spotkałam.
Bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani. Każde z nich ma swój charakter i każde ma w sobie coś, co można polubić. Na początku jedynie dziwiłam się matce głównej bohaterki, że przez wiele lat pozostawała w związku z mężczyzną, który ją bił. Zawsze mówię sobie, że gdyby mnie coś takiego spotkało (chociaż umówmy się, że mam nadzieję że nie) to byłby to pierwszy i ostatni raz, ale na dobrą sprawę nie wiem, jak zareagowałabym.
Książka napisana jest lekkim językiem w bardzo przystępny sposób. Początkowo wydaje się, że to będzie klasyczny romans, w którym para poznaje się, zakochuje, po czym o coś się kłócą, rozstają, a potem do siebie wracają. Nic bardziej mylnego, a przynajmniej nie w takiej formie, jak można by to sobie wyobrażać. Jest to książka mimo wszystko głębsza, niż prosty romans i bardzo na tym zyskuje.
Podczas czytania miałam ogromną karuzelę emocjonalną, co nie zdarzyło mi się od bardzo dawna, za co Colleen Hoover dostaje ogromnego plusa. Jestem pewna, że w najbliższym czasie sięgnę po inne jej książki. Dodatkowo cieszy mnie, że są to głównie powieści jednotomowe. Bardzo polecam przeczytać tę książkę.
Ocena: 9/10
Liczba stron: 352