Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 400-499. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 400-499. Pokaż wszystkie posty
Liliput, czyli jeden akapit o książkach #3

lipca 04, 2022

Liliput, czyli jeden akapit o książkach #3

Dziewczyna z konbini - Sayaka Murata

Bardzo dużo osób zachwyca się tą książką i nie powiem, że nie jest ona ciekawa, ale... w sumie to taki średniaczek. Jest sobie dziewczyna, która pracuje w konbini, czyli sklepie mniej więcej takim jak nasza Żabka. Niczego więcej nie chce od życia, nie potrzebuje urlopu, zamiast herbaty pije sam wrzątek. Inni ludzie kompletnie nie rozumieją tego, że właśnie taki sposób funkcjonowania jej odpowiada. I z jednej strony jest to książka, która skłania do refleksji nad własnym życiem, zapytaniem, czy pogoń za tym, co chcemy zdobyć jest naprawdę taka istotna, to osoby oczekujące po tej opowieści jakiejś akcji po prostu się rozczarują, gdyż nic takiego nie wystąpi. Dlatego - bez zachwytu z mojej strony, ale też nie mogę powiedzieć, żeby była to zła lektura.


Ocena: 5/10 | Liczba stron: 144


Vicious: Nikczemni - V.E. Schwab

Za książkę V.E. Schwab chwyciłam po wieeeeelu pozytywnych opiniach w Internecie. I wiecie co? Książka była taka sobie. Trochę denerwowało mnie przeskakiwanie między przeszłością i teraźniejszością, a żaden z bohaterów jakoś nie podbił mojego serca. Pomysł na fabułę wydawał się dobry, ale w ostateczności nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak na innych. Z tą autorką miałam do czynienia jeszcze przy okazji Niewidzialnego życia Addie LaRue, ale też obyło się bez zachwytu. Także odpuszczę sobie inne jej książki.

 

Ocena: 5/10 | Liczba stron: 448

 

Przebudzeni - Colleen Houck

Z książkami Colleen Houck miałam styczność przy serii pt. Klątwa tygrysa, która ogromnie mi się podobały (ostatni tom wywołał we mnie morze łez). Od tamtego czasu nawet nie słyszałam, żeby w Polsce zostało wydane coś, co wyszło spod jej pióra, aż tu nagle się okazało, że owszem i to nawet trylogia. Przeczytałam pierwszy tom i podobał mi się, ale nie była to książka, która w jakikolwiek sposób wnosi coś nowego do książkowego świata. Ot, nastoletni romans z mitologią w tle.

 

Ocena: 5/10 | Liczba stron: 488


Stowarzyszenie umarłych poetów - Nancy H. Kleinbaum

Ta książka na mojej półce stała baaaaaaardzo długo, nawet kiedyś miałam do niej z dwa podejścia, ale nie doczytałam dalej, niż kilka pierwszych stron. I powiem tak - niczego w moim życiu ta lektura nie zmieniła. Nie wywołała we mnie żadnych głębszych emocji, żadnych refleksji. Jedynie utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie powinno pisać się książek na podstawie filmu.

 

 

Ocena: 5/10 | Liczba stron: 160


Śmierć pani Westaway - Ruth Ware

Autorstwa Ruth Ware przeczytałam w zeszłym roku książkę "Pod kluczem" i trzymała mnie ona w napięciu niemal od początku do końca. W związku z tym byłam bardzo ciekawa innych książek autorki i tego, co może wymyślić. Nie było źle, ale nie było też najlepiej. Przede wszystkim powiedziałabym, że Śmierć pani Westaway jest raczej kryminałem niż thrillerem, a akcja znacznie mniej intryguje niż w "Pod kluczem". Ciekawie się czytało, ale bez większego parcia na poznanie zakończenia. Przede mną jeszcze jedna książka Ware, jestem ciekawa, czy bliżej jej będzie do Śmierci pani Westaway czy do Pod kluczem.

 

Ocena: 5/10 | Liczba stron: 480

#65 Apostata - Łukasz Czarnecki

czerwca 27, 2022

#65 Apostata - Łukasz Czarnecki

    Od kiedy tylko zobaczyłam okładkę tej książki to wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Jak dobrze już pewnie wiecie jestem pod tym kątem sroką i piękne okładki działają na mnie jak lep na muchy. Czy książka Łukasza Czarneckiego prócz ładnego frontu mają też ładne wnętrze? Czy może dałam się wpuścić w maliny?
 

    W Republice Ekumeny po raz kolejny zostają odkryte zwłoki mężczyzny. Nie jest to jednak zwykłe morderstwo, ponieważ denat na ciele ma wyryte tajemnicze znaki, których znaczenia nie znają śledczy. Nie jest to pierwsze takie morderstwo, więc policja czuje coraz większy nacisk na wykrycie sprawcy. Kapitan Arthur Wellington z Wydziału do spraw Okultyzmu Departamentu Policji zostaje wysłany do Denet, by odkryć tajemnicę zbrodni. Okazuje się, że za zabójstwami stoi sabat, próbujący przywołać straszliwego demona. W tym samym czasie Karl Hangbeck zostaje oddelegowany do rozwikłania tajemnicy kolejnego morderstwa. Ty razem zginęła wnuczka bardzo ważnej osoby w Republice Ekumeny.

    Książka Łukasza Czarneckiego jest podzielona na kilka części. Pierwsza i druga jest napisana z perspektywy Arthura Wellingtona, kolejne zaś z perspektywy Karla Hangbecka. Przyznam się szczerze, że znacznie bardziej podobała mi się historia opowiadana przez drugiego bohatera. Była odrobinę ciekawsza i bardziej trafiająca w moje gusta.

    Mam lekki problem z tą książką, ponieważ podczas lektury miałam wrażenie, że autor nie do końca wiedział, co właściwie chce napisać. Czy kryminał, czy powieść historyczną czy może fantasy. No i tak się chyba zastanawiał aż do ostatniej kropki, gdyż Apostata to jeden wielki misz-masz. Kłopot w tym, że te wszystkie wątki były podane w taki sposób, że żaden nie był napisany od A do Z, tylko trochę tego, trochę tamtego... Tu gdzieś trochę wrzuconej Biblii, tu jakieś demony i sabaty, tu angielskobrzmiące nazwiska, a tu znów wyglądające na niemieckie, a gdzieś między tym ulice Wiśniowe i Brzozowe. Szkoda, że autor nie skupił się na jednej rzeczy i nie dopracował jej w 100 procentach. 
Każdy z bohaterów wracał w opowieściach do swojej przeszłości, przeszłości Ekumeny, jednak wszystko to opisane było bardzo ogólnikowo, a kolejne postacie czy sytuacje wpadały do głowy i po chwili z niej wypadały. Powiem nawet, że będąc już pod koniec lektury nie byłam w stanie stwierdzić, jak wygląda Arthur, a i nawet nie jestem pewna, czy opisana została jakąkolwiek cecha jego prezencji. Chyba tylko Karl został pod tym kątem przedstawiony.  

    Z jednej strony książkę czytało się dość szybko, a z drugiej strony gdybym chciała zrozumieć wszystkie "mądre" słowa wykorzystane przez autora Apostaty to co chwilę musiałabym zaglądać do słownika. "Papacha", "osełedec", "tonsura", "chutor" czy "sicz" skutecznie wybijały mnie z rytmu lektury. Przydałby się jakiś słowniczek, by osoby niebędące językoznawcami mogły połapać się, o czym autor pisze. Swoją drogą to znalazłam nawet słowo, którego nie zna najpopularniejsza wyszukiwarka - "dagdysta". Łukasz Czarnecki też nie pokusił się o wyjaśnienie nieznanego nikomu terminu. Szkoda. 

    Prócz słownika było by świetnie, gdyby (chociażby na końcu) pojawił się wykres, który pomógłby czytelnikowi połapać się w świecie wykreowanym przez autora. Skrócone wyjaśnienie, skąd wzięli się kultyści, na jakich zasadach funkcjonuje Ekumena, bo w pewnym momencie można się pogubić, zwłaszcza, że - jak już wcześniej wspominałam - niektóre postaci i wydarzenia szybko wyparowują z głowy.

    Nie chcę tylko krytykować, zwłaszcza, że jest to debiut Łukasza Czarneckiego, a sama książka miała w sobie naprawdę ogromny potencjał. Wydaje mi się, że gdyby z kilku rzeczy zrezygnować, a na innych się skupić i je dopracować to kolejny tom będzie już czymś zasługującym na ocenę 10/10. Na razie jest średnio, jednak może być lepiej. 

Ocena: 5/10
Liczba stron: 472

#61 Była sobie rzeka - Diane Setterfield

maja 12, 2022

#61 Była sobie rzeka - Diane Setterfield

Jakie są książki z serii butikowej Albatrosa każdy wie - piękne i bardzo zachęcają do tego, by po nie sięgnąć. Na pozycję Była sobie rzeka miałam ochotę już od jakiegoś czasu, a chęć ta wzmogła się po lekturze Trzynastej opowieści tej samej autorki. Trzynasta opowieść podobała mi się bardzo, więc nie widziałam żadnych przeszkód, by zapoznać się z innymi pozycjami Diane Setterfield, choć opinie o "Była sobie rzeka" słyszałam różne. Jedni się zachwycają, inni niekoniecznie. 

"Czy każdy z nas nie robi czasem czegoś niespodziewanego? Czy nie lubimy od czasu do czasu zerwać z nawykami i postąpić inaczej niż zawsze?"

Pewnej zimowej nocy w gospodzie nad rzeką otwierają się drzwi, a w nich staje pokiereszowany mężczyzna z martwą dziewczynką na rękach. Nawet stali bywalcy, którzy uwielbiają opowiadać i słuchać opowieści nie są w stanie uwierzyć w to, co dzieje się na ich oczach, ponieważ godzinę po pojawieniu się nieznajomego dziewczynka... zaczyna oddychać. Trzy rodziny są gotowe do przyjęcia pod swój dach dziecka. Pierwsza, która dwa lata wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach utraciła córkę i uważa, że ta do nich powróciła. Druga, dla której dziecko jest owocem sekretnego małżeństwa syna. Oraz trzecia, a osobie gospodyni proboszcza, która uważa, że dziewczynka jest jej młodszą siostrą. Niestety, dziecko nie mówi i nikt nie jest w stanie rozstrzygnąć, kim jest i skąd się wzięła.

Ta książka jest niczym rzeka. Czasem płynie wolno, aż za wolno, a czasem jej nurt jest nie do doścignięcia. Największym problemem jest chyba jednak to, że jest to głównie powolna opowieść nie tylko o dziewczynce, która miała być martwa, ale też o pielęgniarce Ricie, małżeństwie prowadzącym gospodę, gospodyni na probostwie i jej kłopotach, małżeństwie Voughanów... Wszystkie te wątki, częściowo kompletnie od siebie różne w pewnym momencie splatają się i odkrywają tajemnicę stojącą za Amelią, Ann, czy też Alice...

Każdy z bohaterów jest inny, ale z całą pewnością moim ulubionym był Robert Armstrong, który urzekł mnie od pierwszych chwil. Myślę, że w prawdziwym życiu chciałabym spotkać kogoś takiego, jak on. Pozostałych bohaterów też można polubić, jednym kibicować bardziej, a drugim wcale. Trzeba przyznać, że Dianne Setterfield nie stworzyła płaskich postaci, każde z nich ma swoją historię do opowiedzenia. 

Przez całą książkę zastawiałam się, czyim dzieckiem jest dziewczynka, którą wszyscy chcieliby do siebie przygarnąć. Są osoby, które się tego domyśliły, jednak ja nie należę do tego grona. Dla mnie było to lekkie zaskoczenie, bo typowałam zupełnie inne osoby. Jestem ciekawa, czy Wy bylibyście się w stanie domyślić, kto jest rodzicem dziewczynki?

Mimo ogólnie dobrego wrażenia, które zrobiła na mnie ta książka to po kilku dniach od lektury uważam ją za po prostu okej, ale bez szału. Były dłużące się momenty, czasem autorka próbowała budować napięcie, ale jakoś jej to nie wychodziło. Było dobrze, ale mogło być lepiej. Jeśli lubicie powolne książki to powinna Wam się spodobać. Jeśli wolicie pędzącą fabułę to definitywnie nie jest książka dla Was.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 480

Kirke | Pieśń o Achillesie | Rebeka | Moja kuzynka Rachela | Trzynasta opowieść | Była sobie rzeka | Czarne skrzydła czasu | Syrena i pani Hancock | Milczący zamek | Oberża na pustkowiu | Cztery muzy | Zapomniany ogród


#59 Lustrzanna - Christelle Dabos

maja 08, 2022

#59 Lustrzanna - Christelle Dabos

    Miałam taki okres w życiu, że nie czytałam opisów książek, żeby nie zdradzić sobie żadnego szczegółu z fabuły danej książki. Żeby chcieć przeczytać jakąś powieść wystarczyło mi kilka słów z recenzji, chwytliwy tytuł i ciekawa okładka. Za pierwszy tom cyklu, o którym dzisiaj chcę Wam opowiedzieć chwyciłam właściwie z braku innych, lepszych lektur i w zasadzie nie spodziewałam się niczego specjalnego po Zimowych zaręczynach. I nie potrafię powiedzieć, jak bardzo się myliłam!


"- Urok to najlepsza broń, jaką kiedykolwiek podarowano kobietom, musisz się nią posługiwać bez skrupułów. Wystarczy drobnostka, wymowne spojrzenie, odpowiednio podkreślony uśmiech, żeby mężczyzna znalazł się u twoich stóp."

    Ofelia przez dwadzieścia sześć lat żyła spokojnie na Animie, rodzinnej Arce, w otoczeniu ogromnej rodziny. Jednak pewnego dnia dowiaduje się, że Nestorki rodu zaaranżowały jej małżeństwo z osobą z zupełnie innej Arki, co dla dziewczyny oznacza długą podróż, porzucenie krewnych oraz ukochanego muzeum, w którym eksponaty były dla niej ważniejsze, niż wszystko inne. Ofelia wyrusza na Biegun, wraz z ciotką Rozalindą w roli przyzwoitki, aby poślubić Thorna, wysokiego i szorstkiego w obejściu intendenta. Na Biegunie życie wygląda zupełnie inaczej, niż na rodzinnej Arce Ofelii. Gdzie by nie spojrzeć, tam knute są dworskie intrygi, aby przypodobać się Duchowi rodziny, Farukowi. Czy Ofelia, lustrzanna obdarzona mocą Czytaczka, odnajdzie się na zimnej, obcej arce, gdzie zostać ma żoną żywej lodowej góry? 

    Spróbuję opisać Wam moje odczucia podczas czytania. Z każdą stroną pod moją skórą płynęły fale ekscytacji, każde zdanie wywoływało czytelniczą przyjemność. W fabułę wciągnęłam się w zasadzie od razu, zakochałam od pierwszego opisu humorzastego domu, który potrafi kłapnąć drzwiami, jeśli jego gość mu się nie spodoba. Jeśli byłam zmuszona oderwać się od lektury to jak najszybciej chciałam do niej wrócić. 

    Pierwszy tom, czyli Zimowe zaręczyny wskazywały na to, że będzie to po prostu romans w stylu "hate-to-love", czyli nic specjalnego, czego w literaturze dotąd nie było. Ale każdy, kto sięgnie po Lustrzannę z takim zamysłem zorientuje się po jakimś czasie, że jest to historia znacznie głębsza, a wątek miłosny to ogromna, ale nie główna część tej serii. Przyznam się, że dla mnie nawet za mało było scen z Thornem i Ofelią w roli głównej, ich utarczki i rozwijająca się relacja bardzo mnie ciekawiła. Każdej z nich z niecierpliwością wypatrywałam i cieszyłam przy wszystkich ich spotkaniach. 

    Główna bohaterka - Ofelia - jest niezdarą, ale obdarzoną mocami, których nie spodziewano się po osobie potykającej się o własny szalik. Przede wszystkim jest animistką - może wprawić przedmioty w ruch i dać im "własne" życie. Po drugie jest Czytaczką, czyli dotykając dłońmi jakiegoś przedmiotu może odczytać jego przeszłość. Po trzecie jest Lustrzanną, ta moc daje jej możliwość przechodzenia przez lustra, jednak na małe odległości. Każdą z tych mocy wykorzystuje do poradzenia sobie w nowych sytuacjach, a później by pomóc Thornowi i Berenildzie. 
Bohaterami tej książki są jeszcze inne osoby. Przede wszystkim ciotka Ofelii, Rozalinda. Rozalindę czasem się kocha a czasem niekoniecznie, ale jest postacią, bez której ta seria nie byłaby taka dobra. Swoim zachowaniem i charakterem wprowadza bardzo dużo kolorów do losów Ofelii i nie mogłoby jej zabraknąć. Kolejną drugoplanową postacią jest Berenilda, ciotka Throna. Początkowo bardzo jej nie lubiłam, dopiero później zyskała moje uznanie. 
Są również bohaterowie tak źli charakterem, że aż chciałoby się ich wydrapać z kart tych książek. Mieszają oni w fabule przeokropnie, no ale bez nich nie byłoby książki. 

    Czwartą częścią pt. Echa nad światem autorka złamała mi serce. Po przewróceniu ostatniej strony żałowałam, że nie znam francuskiego, bo inaczej napisałabym do niej pełen oburzenia list, w którym domagałabym się napisania kolejnego tomu. Tak się po prostu nie robi, nie można wyrwać mi serca, zdeptać go i powiedzieć, że już więcej nie będzie. Nie, nie, nie i nie! Mam nadzieję, że to jest jakiś ponury żart i że obudzę się pewnego dnia i okaże się, że piąta część rozwiązująca wszystko po mojej myśli jednak się ukaże. 

    Christelle Dabos dopracowała świat w każdym najmniejszym szczególe. Każda arka jest niepowtarzalna, intrygi i powiązania miedzy rodzinami czy klanami są bez zarzutu - a przynajmniej pod względem technicznym. Dawno nie spotkałam się z serią, która miałaby taki wysoki poziom i utrzymywała go przez wszystkie tomy. Podobało mi się w niej dosłownie wszystko. Bohaterowie, arki, zamysł, tajemnica, wątek miłosny. 

    Wiem, że ta opinia o serii Lustrzanna to jakiś ogromny chaos, ale podobały mi się te książki tak bardzo, że nie jestem w stanie napisać o tym nic konstruktywnego, co nie byłoby pianiem z zachwytu. Lustrzanna jest dla mnie trochę nowym Harry'm Potterem. I tak jak do Harry'ego wracam co jakiś czas to do książek Dabos również będę. Może wtedy będę w stanie napisać coś lepszego niż "och! ach! czytajcie tę serię". 

    Lustrzanna jest serią, która z niewiadomych przyczyn jest raczej mało popularna, a zasługuje na ogromny rozgłos. Jednak z drugiej strony bardzo ciężko mi o niej pisać, ponieważ mam ogromną ochotę zachować ją tylko dla siebie, żeby była tylko i wyłącznie "moim skarbem". Macie tak czasami?

Zimowe zaręczyny
Ocena: 9/10
Liczba stron: 496

Zaginieni z Księżycowa:
Ocena: 8/10
Liczba stron: 528

Pamięć Babel
Ocena: 8/10
Liczba stron: 488

Echa nad światem:
Ocena: 9/10
Liczba stron: 568

Ocena całości: 10/10
Tak, wiem, że ze średniej to nie wychodzi. Ale to mój blog i będę sobie oceniała tak, jak mi się podoba :)
#55 Harda Horda. Antologia opowiadań

kwietnia 26, 2022

#55 Harda Horda. Antologia opowiadań

    Nieczęsto czytam zbiory opowiadań, ponieważ znacznie bardziej wolę książki z rozwiniętym światem, który mogę poznać głębiej i bardziej, a nie tylko niewielki wycinek czasu i przestrzeni. Fajnie też wiedzieć, jak i skąd wzięli się bohaterowie. W skrócie - lubię dowiedzieć się wszystkiego, co potrzebne i nie być wrzucana w fabułę na głęboką wodę. Ale od czasu do czasu lubię chwycić za zbiór opowiadań, choćby po to, by sprawdzić styl jakiegoś autora i może zainteresować się innymi pozycjami, które wyszły spod jego pióra.

"Mama mówi, że nic nie zdarza się dwa razy. Nic nie zdarza się dwa razy, a niektóre rzeczy niepotrzebnie zaistniały nawet raz jeden jedyny."
    Jeszcze do 2020 roku nie byłam fanką twórczości polskich autorów czy autorek, mój wstręt trwał baaaaardzo długo i dopiero za sprawą Anety Jadowskiej dałam się nawrócić. Antologia opowiadań, o której dzisiaj Wam piszę powstała właśnie dzięki Jadowskiej, która postanowiła zebrać niektóre autorki i razem coś stworzyć.

    Nie będę opisywała każdego poszczególnego opowiadania, bo są one w miarę krótkie i ciężko byłoby o nich napisać bez zdradzania fabuły. W każdym razie autorek jest dwanaście i opowiadań też jest tyle. Większość z nich jest... raczej średnia. Przy każdym opowiadaniu zadawałam sobie pytanie, czy chciałabym poznać pogłębioną wersję danej historii i tylko dwa razy mogłam sobie powiedzieć "tak". Były to "Po drugie" Aleksandry Zielińskiej i "Lot wieloryba" Mileny Wójtowicz. Pierwszej nie mam nic do zarzucenia, prócz tego, że skończyła się w momencie, kiedy zaczęło być interesująca. W drugiej zaś chciałabym poznać świat, w którym żyje jej bohaterka, bo raczej nieczęsto się zdarza w jakichkolwiek książkach, że jeździ ona na wielorybie. Chociaż przyznaję, że język mógłby być odrobinę poważniejszy, gdyż po chwili zaczął męczyć.

    Na dobrą sprawę dostajemy tylko jedenaście opowiadań, ponieważ historia napisana przez Anetę Jadowską została również umieszczona w jej książce "Cud, miód, Malina". Z jednej strony kompletnie mi to nie przeszkadza, bo uświadomiłam sobie, jak bardzo podobała mi się ta książka, a z drugiej jednak chciałabym przeczytać coś, co nie było publikowane nigdzie później.

    Poglądy polityczne w naszym kraju każdy może mieć, jakie chce. Osobiście jednak wolę, żeby literatura nie zawierała ich całkowicie wprost, a jedynie gdzieś między wierszami, gdzie mogę się ich domyślić bardziej lub mniej. W jednym z opowiadań padło zdanie "ty pisowcu jeden" w formie obelgi. Nie jestem za tą oczywistą opcją polityczną, jednak uważam, że pojawienie się takiej wypowiedzi za niesmaczne. Jednak ocenę, czy tego typu wyrażenia mogą pojawiać się w książkach, pozostawiam Wam.

    Czy polecam Hardą Hordę? I tak i nie. Jeśli macie ochotę przekonać się, czy twórczość którejś autorki Wam pasuje to jest to pozycja dla Was, a jeśli chcielibyście po prostu coś poczytać to nic się nie stanie, jeśli Hardą Hordę pominiecie w swoich czytelniczych planach.

Ocena: 5/10
Liczba stron: 400
#54 Gdzie śpiewają raki - Delia Owens

kwietnia 24, 2022

#54 Gdzie śpiewają raki - Delia Owens

    Kiedyś miałam tak, że jeśli był szał na jakąś książkę to nie miałam ochoty jej czytać. Im większy był na jakiś tytuł popyt tym moja niechęć była większa. Prawdopodobnie ta tendencja się u mnie odwróciła o 180 stopni, ponieważ teraz, im więcej razy widzę jakąś okładkę, tym moja ochota na daną powieść wzrasta. Nie zawsze oczywiście, ale dosyć często. I tak sobie biegnę w tym owczym pędzie i trochę sobą gardzę, ale z drugiej strony najważniejsze jest czytanie.

"Roześmiała się, żeby zrobić mu przyjemność, jak nigdy wcześniej. Znów oddała cząstkę siebie, by kogoś przy sobie zatrzymać."

    Wszyscy opuszczają Kyę Clark, a zaczyna się od matki, na której powrót dziewczynka czeka przez długie lata. Kya, nazywana przez ludzi z miasteczka Barkley Cove Dziewczyną z Bagien, powoli dorasta na mokradłach, uczy się relacji z naturą oraz radzenia sobie z życiem. Zaprzyjaźnia się z Tate'm, który uczy dziewczynę czytania i pisania, co otwiera przed nią nowe możliwości. 
Jednak nad Dziewczynę z Bagien spadają kolejne kłopoty. Na mokradłach zostają znalezione zwłoki ulubieńca Barkeley Cove - Chase'a Andrewsa. Czy Kya ma z tym coś wspólnego?

    Przede wszystkim muszę powiedzieć, że nie jest to książka dla osób lubiących szybką akcję. Gdzie śpiewają raki to powolna opowieść o dojrzewaniu i budowaniu więzi z naturą i ludźmi, a nie relacja z wyścigu. Sam motyw morderstwa jest niejako dodatkiem do historii Dziewczyny z Bagien, a nie głównym wątkiem. Fabuła książki głównie opiera się na opisywaniu mokradeł, zwierząt, które tam żyją oraz rozwoju Kyi. I chociaż podobało mi się to, że wszystko dzieje się powoli to od czasu do czasu brakowało mi lekkiego przyspieszenia, zwłaszcza, że interesowały mnie też fragmenty z prowadzenia śledztwa, a tych było jak na lekarstwo.

    Przez ponad 400 stron mamy okazję obserwować, jak zmienia się główna bohaterka. Z dziewczynki przeistacza się ona w dorosłą kobietę. Pokonuje przeciwności losu, których nigdy (mam nadzieję) nie będzie nam dane doświadczyć. Widzimy, jak dojrzewa, zakochuje się, radzi z problemami. Sposób, w jaki to wszystko przedstawiła autorka był naprawdę świetny. W pewnym momencie tak wciągnęłam się w lekturę, że nawet jeśli musiałam odłożyć książkę, to ciągle o niej myślałam. A nieczęsto mi się to zdarza! 

    Jeśli macie ochotę na książkę, w której akcja płynie niczym powolna rzeka - Gdzie śpiewają raki jest dla Was. To pozycja pozwalająca przez chwilę odetchnąć od zgiełku miasta, oderwać się od rzeczywistości i przenieść do dzikiego świata natury. Polecam i gwarantuję, że nie pożałujecie czasu spędzonego na lekturze powieści Delii Owens.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 416

#53 Gujcio - Steven Rowley

kwietnia 23, 2022

#53 Gujcio - Steven Rowley

    W ostatnim czasie miałam dość sporo na głowie. Praca, życie, obowiązki... Nawet lektury dobierałam sobie z jakiegoś powodu raczej ciężkie. Brakowało mi chwili odpoczynku, wytchnienia, czegoś lekkiego do czytania, co nie zmusiłoby mojego zmęczonego mózgu do większego, niż konieczny, wysiłku. Kiedy trafiła w moje ręce książka, której opis sugerował, że jest tym, czego szukam. Nie zastanawiając się długo, zaczęłam czytać.


"Patrick odczuwał tęsknotę za życiem, którego doświadczał. Coś go od niego odciągało. Był jednocześnie uczestnikiem własnego życia i duchem, ciałem astralnym obserwującym i osądzającym swoje ziemskie wcielenie. Czuł się obcy we własnej skórze. Cała radość go opuściła, ustępując miejsca przygnębieniu. Szczęście jest, tak czy inaczej, ulotne, kiedyś musiało się skończyć."

    Patrick, gej, który już dawno temu wyszedł z szafy i którego kariera telewizyjnej gwiazdy minęła już jakiś czas temu, żyje sobie spokojnym życiem w Los Angeles. Niestety, jego najlepsza przyjaciółka i bratowa w jednym umiera, a brat Patricka udaje się na odwyk, powierzając mu swoje dzieci. Była gwiazda broni się przed wzięciem na siebie odpowiedzialności rękami i nogami, ponieważ sam nigdy nie chciał mieć dzieci i kompletnie nie wie, jak rozmawia się z małymi istotami ludzkimi. Maisie i Grant szybko jednak zajmują znaczną część serca głównego bohatera. Jednak czy tej trójce uda się poradzić sobie z żałobą? Czy uda im się stworzyć więź?

    Żałobę każdy przechodzi inaczej. Jedni płaczą w poduszkę, inni w ogóle jej nie zauważają, jeszcze inni stają się puści w środku. O ile dorosłym jest trochę łatwiej, bo lepiej rozumieją mechanizmy rządzące światem, życiem i śmiercią, to dzieciom trudniej jest wytłumaczyć, że nie przytulą już więcej ukochanej osoby. Patrick został z tym zadaniem całkiem sam, bo prócz gosposi i trzech sąsiadów, z którymi utrzymuje raczej kontakt na dystans, nie ma nikogo bliskiego. Sam od wielu lat musi radzić sobie z żałobą po ukochanym. Opieka nad dziećmi idzie mu z dnia na dzień coraz lepiej, nie tylko główny bohater przekazuje dzieciom mądrości życiowe i cały dekalog zasad do przestrzegania w przyszłości, ale i uczy się od Maisie i Ganta, że różne nowinki, wcale nie są najgorsze na świecie.

    Pomimo motywu żałoby i odwyku książka ma swoje zabawne momenty. Nie raz i nie dwa śmiałam się podczas lektury, co raczej nie zdarza mi się zbyt często. Zarówno główny bohater jak i dzieci swoim zachowaniem i wypowiedziami  wywoływali uśmiech na mojej twarzy. Pytania, które potrafią wymyślić tylko dzieci (np. jaki dzień był ostatnim dniem dzieciństwa Patricka) również i mnie skłaniały do refleksji nad własnym życiem. O ile dzieci w książkach mają tendencję do denerwowania mnie, tak Maisie i Grant byli wyjątkami od tej reguły. Bardzo sympatyczne dzieciaki, inteligentne i zabawne.

    Żeby nie było znów tak kolorowo to muszę się do czegoś przyczepić, ale na 416 stron jedna rzecz to tyle co nic. Grant sepleni, nic dziwnego, bo jest dzieckiem, któremu wypadają mleczaki. Kłopot w tym, że wszystkie jego wypowiedzi były stylizowane na seplenienie, więc za każdym razem musiałam się zatrzymać i sobie przetłumaczyć, co powiedział. Jednak wybijanie z rytmu było zazwyczaj tylko chwilowe, a powrót do historii bezproblemowy.

    Dla kogo jest ta książka? Pomimo swojej lekkości i dużego udziału dziecięcych bohaterów to rekomendowałabym ją osobom co najmniej 16+. Zdarzają się takie fragmenty, które niekoniecznie powinny być czytane przez osoby młodsze, ale żeby nie było - w książce nie ma niczego gorszącego. 

    Życzę sobie więcej takich lektur: przyjemnych, zabawnych, lekkich, ale z głębią i poruszających trudniejsze tematy. Chociaż mamy dopiero kwiecień, wiem, że książka Stevena Rowley'a trafiła na listę moich tegorocznych ulubieńców. Idąc śladem Patrcka, Maisie i Granta sprawię sobie chyba w tym roku różową choinkę. Czemu różową? Aby zrozumieć sami musicie przeczytać "Gujcia", do czego serdecznie Was zachęcam!

Ocena: 9/10
Liczba stron: 416

#50 Rebeka - Daphne du Maurier

kwietnia 15, 2022

#50 Rebeka - Daphne du Maurier

    Macie takie książki, za które raczej nie chwycilibyście, gdyby nie zmusił Was do tego los? Ja tak, najczęściej są to te związane z plakatem-zdrapką. Tak jakoś wyszło, że większość z tytułów na nim umieszczonych raczej nie była na mojej czytelniczej liście, ale wyszło, jak wyszło. Przynajmniej mogę w pewnym stopniu poszerzyć moje horyzonty czytelnicze, bo chęć zdrapania pola jest ogromna. Stało się też tak, że Rebeka, o której dzisiaj Wam opowiem, została przepięknie wydana w serii butikowej Albatrosa, a jako okładkowa sroka nie mogłam przejść obok tego obojętnie. 

"Jakby to było dobrze - powiedziałam impulsywnie - żeby wynaleziono sposób na przechowywanie wspomnień podobnie jak perfum. Tak, żeby się nie ulatniały i nigdy nie spowszedniały i żeby w dowolnej chwili można było odkorkować butelkę i przeżywać ten moment na nowo."

    Główna bohaterka podróżuje wraz z panią van Hopper jako dama do towarzystwa. Podczas pobytu na Riwierze Francuskiej poznaje pana Maxima de Wintera, zamożnego wdowca. Po bardzo krótkiej znajomości dziewczyna zgadza się za niego wyjść. Po poślubnej podróży małżeństwo przyjeżdża do Manderley, rodzinnej posiadłości pana młodego. Wraz z powrotem do domu główna bohaterka zostaje pozostawiona sama sobie, pan de Winter zmienia się nie do poznania, a w ogromnym majątku można wciąż wyczuć poprzednią żonę Maxima - Rebekę, która rok wcześniej zginęła w tajemniczych okolicznościach. Wszyscy kochali poprzednią żonę pana domu, czy nowa pani de Winter odnajdzie swoje miejsce w Manderley?

    Fabuła książki całkiem mi się podobała, chociaż myślę, że określanie jej jako powieści gotyckiej jest odrobinę nad wyraz. Raczej nie czułam żadnego większego niepokoju związanego z wydarzeniami, które dzieją się na kartach Rebeki. Chociaż przyznaję się, że wraz z rozwojem historii byłam coraz bardziej zaangażowana i wyczekiwałam odkrycia wszystkich tajemnic kryjących się w Manderley. Nie mogę powiedzieć, że domyśliłam się prawdy, a jest ona całkiem zaskakująca. Już pod koniec książki byłam ogromnie zaciekawiona, jak to wszystko się skończy i czy zostaną domknięte wszystkie wątki.

    Trochę wkurzała mnie główna bohaterka. Niestety, nie mogę podać Wam jej imienia, ponieważ żadna z pozostałych postaci nie zwraca się do niej używając go. Denerwowała mnie swoim zachowaniem wiecznej ofiary losu i trochę czekałam, aż zacznie przepraszać wszystkich dookoła za to, że żyje. Nawet swojemu mężowi pozwalała się traktować jak dziecko. Uważam, ze była także trochę niedomyślna, ale zdradzenie Wam dlaczego sprawi, że będę musiała zaspojlerować Wam część fabuły, a bardzo tego nie chcę.

    Rebeka podobała mi się, chociaż liczyłam na odrobinę więcej, niż to, co dostałam. Nie czułam żadnego podskórnego lęku, którego się spodziewałam, ale rozwinięcie fabuły częściowo zrekompensowało mi wszystkie wcześniejsze niedociągnięcia. Warto jest się zapoznać z tą historią, chociażby dlatego, by wyrobić sobie o niej własne zdanie, bo wiem, że są fani książki Daphne du Maurier.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 448

Kirke | Pieśń o Achillesie | Rebeka | Moja kuzynka Rachela | Trzynasta opowieść | Była sobie rzeka | Czarne skrzydła czasu | Syrena i pani Hancock | Milczący zamek | Oberża na pustkowiu | Cztery muzy | Zapomniany ogród

#49 Kirke - Madeline Miller

kwietnia 12, 2022

#49 Kirke - Madeline Miller

    Zawsze lubiłam mitologię, w pewnym momencie dzieciństwa wyciągałam z szafek stare podręczniki do lekcji języka polskiego i wyszukiwałam fragmenty mitów greków i rzymian. Później, kiedy mój czytelniczy horyzont się powiększył z chęcią sięgałam po książki, które zawierały w sobie jakieś elementy mitologii lub były retellingami o bogach i bożkach. Nie inaczej jest dzisiaj, jeśli jakaś powieść ma chociaż fragment związany z mitologią, prawie natychmiast mam ochotę ją przeczytać. A jak ma piękną okładkę (przyznaję, że jestem okładkową sroką) to sięgam po nią z jeszcze większą ochotą.

"Nic to pustka, a powietrze to coś, co wypełnia wszystko inne. Jest tchnieniem, życiem, duchem, słowami, które wypowiadamy."
    O Kirke słyszałam na którymś z książkowych kanałów na YouTube, ale - niestety - dość długo odwlekałam jej lekturę, ponieważ dowiedziałam się, że raczej niewiele w niej akcji samej w sobie, raczej historia płynie wolno. Muszę się z tym zgodzić, w Kirke nie znalazłam pościgów i wybuchów, chociaż niejednokrotnie pojawiał się w fabule element wojny i podbojów.

    Książka Madeline Miller opowiada o córce boskiego Heliosa i nimfy Perseis, Kirke. Od dziecka była ona odrzucana przez wszystkich, mówiono o niej, że jest głupia, naiwna, brzydka, ma skrzekliwy głos... Kiedy odkrywa w sobie czarodziejskie moce zostaje wygnana na wyspę Ajai, gdzie doskonali swoje umiejętności i przechodzi powolną, ale ogromną przemianę. 

    Początek tej opowieści bardzo mnie nużył. Dlaczego? Bo sama Kirke strasznie mnie denerwowała. Ciągle była przez wszystkich kopana i opluwana, a do tego wszystkiego nie potrafiła się obronić i praktycznie przepraszała wszystkich za to, że żyje. Interesująco zaczęło się robić wraz z wprowadzeniem do historii Glaukosa, ale gdybym napisała na ten temat coś więcej to zdradziłabym Wam za dużo szczegółów z książki. W każdym razie od tego momentu historia trochę się rozkręciła i czytało się ją znacznie przyjemniej. No i główna bohaterka stała się mniej irytująca.

    Język w Kirke jest prosty, raczej nie ma powodów do obaw przed trudnymi słowami, żywcem wyrwanymi z Iliady czy Odysei, co trochę mnie zdziwiło. Z jakiegoś powodu z mojej głowie nie było możliwości napisania tego typu historii w sposób lekki i jasny. Brawa dla Madeline Miller za zmienienie mojego zdania. 

    Jeśli lubicie mitologię to na pewno polubicie historię o Kirke. Cieszy mnie, że autorka wybrała mniej znaną postać z mitologii greckiej, bo Ateny, Afrodyty, Zeusa czy Podejdona jest wszędzie pełno, a o córce Heliosa i Perseis raczej rzadko się słyszy. Była to przyjemna i ciekawa lektura, chociaż tak jak wspominałam wcześniej, fabuła jest z tych wolniej płynących. Polecam.

Ocena: 7/10
Liczba stron: 416

Kirke | Pieśń o Achillesie | Rebeka | Moja kuzynka Rachela | Trzynasta opowieść | Była sobie rzeka | Czarne skrzydła czasu | Syrena i pani Hancock | Milczący zamek | Oberża na pustkowiu | Cztery muzy | Zapomniany ogród

#47 Wróć przed zmrokiem - Riley Sager

marca 31, 2022

#47 Wróć przed zmrokiem - Riley Sager

    W tym roku zaczęła się nie tylko moja przygoda z kryminałami, ale również z thrillerami. Zawsze ich unikałam, w zasadzie wyobrażając sobie, że z każdej kartki może wyskoczyć na mnie jakiś człowiek z nożem. W tym roku się przekonałam i bardzo się z tego cieszę, ponieważ całkiem nieźle się przy nich bawię, choć zwykle objawia się to odczuwaniem takiego lekkiego podskórnego lęku. Ale fajnie jest.

"Żal bywa podstępny. Potrafi przyczaić się na długie godziny, aż zdążysz ulec myśleniu magicznemu. A kiedy już poczujesz się dobrze i odsłonisz się, wyskakuje na ciebie jak szkielet w gabinecie śmiechu i cały ból, który uważałeś za miniony, dopada cię ze zdwojoną siłą."

    Maggie odziedziczyła w spadku po ojcu dom, do którego prosił ją, aby nigdy nie wracała, bo to nie jest dla niej bezpieczne. Dziewczyna, mimo usilnych starań obojga rodziców, wraca do Baneberry Hall, aby raz na zawsze odkryć prawdę o swoim dzieciństwie opisanym przez ojca w Książce. Maggie nigdy nie wierzyła w historię, w którą zdawał się wierzyć cały świat. Ale dom, jak każda stara posiadłość, miał swoje tajemnice.

    Historia, którą napisał Riley Sager toczy się naprzemiennie - raz z perspektywy Maggie czytamy o wydarzeniach aktualnych, a raz czytamy rozdziały książki jej ojca i kawałek po kawałku odkrywamy tajemnicę, co działo się dwadzieścia pięć lat wcześniej. Każdy rozdział kończy się tak, że natychmiastowo miałam ochotę czytać dalej, ale najpierw musiałam "przebrnąć" przez fragment należący do drugiej postaci. Tyle że on też kończył się tak, że chciałam poznać jego kontynuację. I tak na okrągło. Rzadko kiedy spotykam się z takimi książkami. A przynajmniej już od dawna nie czułam tego uczucia.

    Czytając historię Maggie i widząc jej niedowierzanie w to, co się dzieje, myślałam sobie "poczekaj, zaraz coś na ciebie wyskoczy", zwłaszcza, że za chwilę czytałam fragmenty należące do jej ojca, który opisywał dziwne zjawiska, które w normalnym domu nie występują. Z każdą stroną byłam coraz bardziej ciekawa, kto z nich ma rację. Czy Maggie, która całe życie twierdziła, że jej ojciec zmyślił całą historię o nawiedzonym domu, czy jej rodzice, którzy przez 25 lat utrzymywali, że to najprawdziwsza prawda. Finalnie wiem, jaka jest prawda i odrobinkę się jej domyśliłam, chociaż końcowy plot twist zbił mnie na kwaśne jabłko.

    Bardzo polecam tę książkę, jeśli macie ochotę na historię z lekkim dreszczykiem. Mnie dostarczyła całkiem sporo emocji i myślę, że Wam też może się spodobać. Z pewnością chwycę po inne książki tego autora, bo mam przeczucie, że mnie nie zawiedzie.

Ocena: 8/10
Liczba stron: 416

#43 Pod kluczem - Ruth Ware

września 15, 2021

#43 Pod kluczem - Ruth Ware

    Od niedawna na moją półkę trafiają coraz częściej kryminały, co pociągnęło za sobą taką rzecz, że zaczęłam otwierać się również na inny gatunek, czyli thriller. Niewiele ich w życiu przeczytałam i byłam całkiem ciekawa, jak będę odbierać tego typu książki. Gdzieś kilkakrotnie przewinęła mi się okładka książki Ruth Ware połączona z pozytywną opinią. Stwierdziłam, że warto spróbować i przeczytałam.

"Ale każdy może sobie ponarzekać, prawda? Wszyscy muszą znaleźć jakieś ujście, bo inaczej można wybuchnąć z frustracji."

    Rowan jest nianią niezadowoloną ze swojego obecnego zatrudnienia. Po zobaczeniu (przez zupełny przypadek) fantastycznej oferty zatrudnienia jako opiekunka w domu państwa Elincourtów bez zastanowienia wysyła CV i udaje się na rozmowę kwalifikacyjną. Pracę dostaje i zamieszkuje w bardzo oddalonym od miasta wiktoriańskim domu. Jej praca polega na opiece nad trzema córkami Elincourtów... Problem w tym, że już od pierwszych chwil zostaje z nimi sama, a dziewczynki... nie pałają do niej wielką sympatią. 

    Bardzo szybko wciągnęłam się w tę książkę. Została napisana z perspektywy Rowan, co pozwoliło mi przeżywać wszystkie wydarzenia razem z nią i wczuć się w jej położenie. Chociaż sprawiło to też, że średnio ją polubiłam, ponieważ momentami jest strasznie marudna i niezadowolona z życia (powody takiego zachowania są później wyjaśnione). W każdym razie wszystko to, co spotykało Rowan częściowo spotykało również mnie.

    Autorka w bardzo umiejętny sposób sprawiała, że razem z główną bohaterką czułam napięcie i klimat panujący w domu Elincourtów. Problem w tym, że Rowan działo się coś noc w noc i dzień w dzień. W pewnym momencie miałam takie poczucie, że gdyby Ruth Ware rozciągnęła te wydarzenia w czasie, osiągnęła by dwa razy lepszy efekt. Gdyby Rowan miała przerwy w dziwnych incydentach i zdarzały się one rzadziej to jako czytelniczka nie miałabym poczucia "meh, znowu", tylko "O MÓJ BOŻE, CO TU SIĘ WYRABIA". Ale tak jak mówię, nie mam większego doświadczenia w czytaniu thrillerów, więc zakładam, że taki miał być efekt.

    Rozwiązanie zagadki jest ciekawe, nie podejrzewałabym, że za całą akcją stoi akurat ta osoba. Samo zakończenie jest tajemnicze i sprawia, że wyobraźnia czytelnika ma pole do popisu.

    Z Ruth Ware rozpoczęłam moją przygodę z thrillerami. Spodobało mi się to tak bardzo, że prawdopodobnie będzie to długa przygoda. Jestem pewna, że sięgnę po inne jej książki. A "Pod kluczem" bardzo polecam!


Ocena: 7/10
Liczba stron: 416

#35 Żona podróżnika w czasie - Audrey Niffenegger

sierpnia 12, 2021

#35 Żona podróżnika w czasie - Audrey Niffenegger

    Niewiele przeczytałam książek, w których pojawia się motyw podróży w czasie. Mój umysł średnio ogarnia przeskakiwanie z jednej daty do drugiej, w międzyczasie gdzieś pojawia się starsza wersja, która wszystko wie, a gdzieś młodsza, dla której jest to pierwsza taka podróż. Dodatkowo zastanawia mnie fakt, czy w tym momencie nie pojawia się pewnego rodzaju pętla, która sprawia, że taka ingerencja nie dzieje się jednorazowo, tylko powtarza się bez końca. Chyba muszę rozwinąć swoją wiedzę na temat możliwości podróży w czasie, chociaż nie wydaje mi się, by kiedykolwiek była taka sposobność. 

"Bieganie oznacza dla mnie wiele rzeczy: przetrwanie, spokój, euforię, samotność. To dowód na moje fizyczne istnienie, zdolność do kontrolowania przemieszczania się w przestrzeni, jeśli nie w czasie. Kiedy biegam, moje ciało jest posłuszne mojej woli. Ścieżka sunie pod moimi stopami niczym taśma filmowa. (...) Biegnę teraz szybko, ogarnia mnie to cudowne poczucie, że mógłbym wzbić się w powietrze. Jestem niezwyciężony, nic mnie nie może zatrzymać, nic mnie nie może zatrzymać, nic, nic, nic..."
    Henry cierpi na chorobę genetyczną, która sprawia, że nieoczekiwanie przenosi się w czasie. Nigdy nie wie, kiedy to się może wydarzyć. Claire jest zwykłą dziewczyną z normalnym życiem i normalnymi kłopotami. Ci dwoje spotykają się po raz pierwszy, kiedy ona ma lat sześć, a on trzydzieści więcej. Mimo to starają się wieść zwykłe - na ile to możliwe - życie i odliczają od spotkania do spotkania.

   Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że po raz kolejny miałam zupełnie inne wyobrażenie czasów, w których została umieszczona akcja książki. Wyobrażałam sobie świat jak z filmu o Sherlocku Holmesie, w którym główną rolę grał Robert Downey Jr. Akcja została jednak umieszczona w współczesności, co oczywiście nie było niczym złym. 

    Podobała mi się ta książka, chociaż sam tytuł zdradza nam finał wątku miłosnego, który znajdujemy w książce. Mimo to nie nudzimy się, kiedy czekamy na jego rozwiązanie, co więcej - życie po ślubie dostarcza nam co najmniej tyle samo emocji, co przed nim. Książka porusza wiele tematów, z którymi "zwykłe" pary mogą się zmagać i bez kłopotów związanych z niepowstrzymanymi przenosinami w czasie. Takim przykładem jest chociażby próba powiększenia rodziny i konsekwencje z tego wynikające.

    Bohaterowie. Czasem nie da się ich lubić. Gdybym znała Henry'ego z rzeczywistości to prawdopodobnie nie chciałabym się z nim zaprzyjaźniać, a od Claire trzymałabym się z daleka. Jednak mimo to jestem w stanie zrozumieć ich zachowania, w końcu nie każdy poznaje swojego przyszłego męża w wieku sześciu lat, a już na pewno nikt nie zostaje przeniesiony w czasie w niespodziewanym momencie.

    Jak wspominałam na początku - ciężko jest mi zrozumieć koncepcję przenoszenia się w czasie, zwłaszcza, że główny bohater nie przenosi się chronologicznie, tylko skacze raz o dwadzieścia lat, raz o pięć, a raz o siedem. Jeśli kiedyś będę chciała jeszcze raz sięgnąć po tę książkę to zrobię to z notatnikiem, żeby móc lepiej połapać się w wydarzeniach. Zawsze tego typu książki czy filmy prowokują we mnie rozmyślania, czy chciałabym spotkać siebie z przeszłości lub przyszłości. Myślę, że chętniej wróciłabym do przeszłości i przekazała sobie kilka istotnych informacji, chociażby numery totolotka.

    Nie jest to książka, którą można umieścić w jakiejś konkretnej kategorii. Nie jest to ani do końca romans, ani do końca fantastyka. Audrey Niffenegger w całkiem umiejętny sposób stworzyła coś, co z ciekawością się czyta i od czego ciężko się oderwać. Kiedy byłam zmuszona odłożyć tę książkę zastanawiałam się, co z bohaterami będzie dalej. Nie gwarantuję, że ta książka spodoba się każdemu, ale myślę, że jest ciekawą gratką dla osób zainteresowanych motywem podróży w czasie i dla tych, którzy nie przepadają za przesłodzonymi do granic możliwości romansami.

Ocena: 7/10
Liczba stron: 496

PS. Książkę wypożyczyłam z biblioteki i chyba był to najgorszy egzemplarz książki, jaki trzymałam w rękach. Po bliższych oględzinach okazało się, że książka prawdopodobnie była naprawiana i została w pięciu miejscach przy grzbiecie przedziurawiona, po czym zostały przez nią przewleczone nici/sznurki, co uniemożliwiało otwarcie książki na płasko. Bardzo to było męczące i niewygodne. Pierwszy raz w życiu rozważałam zniszczenie własności publicznej. Czego oczywiście nie zrobiłam.
#32 Dotyk śmierci - J.D. Robb

sierpnia 04, 2021

#32 Dotyk śmierci - J.D. Robb

    O J.D. Robb na pewno słyszeliście. Jeśli nie pod tym pseudonimem to z pewnością kojarzycie Norę Roberts, która się pod nim kryje. Ja z twórczością Roberts miałam do czynienia całkiem dużo, ze względu na fakt, że kilka lat temu namiętnie zaczytywałam się w różnego rodzaju romansach i harlequinach dla rozrywki i odmóżdżenia. Miałam ochotę na coś lżejszego, właśnie w typie romansów, ale też na coś bardziej... ambitnego. Przypomniałam sobie o serii Oblicza śmierci, która łączy w sobie romans i kryminał, co poskutkowało tym, że zapoznałam się z pierwszym tomem.

"Im bardziej świat się zmienia...
Tak, tym bardziej pozostaje taki sam. Kobiety nadal zalecają się do mężczyzn, ludzie nadal zabijają ludzi, a politycy całują dzieci i kłamią."

    Zostaje zamordowana dziewczyna do towarzystwa. Nie jest to jednak zwykła prostytutka, ale wnuczka bardzo wpływowego senatora. Prowadzenie śledztwa obejmuje Eve Dallas, młoda policjantka z wydziału zabójstw. Pierwsze poszlaki z notesu ofiary prowadzą do bogatego i przystojnego, a także bardzo inteligentnego Roarka. Między nim a Eve niemal od razu iskrzy. Kłopot w tym, że jest on dotychczas jedynym podejrzanym, a w dodatku zostaje popełniona kolejna zbrodnia.

    Nie tego się spodziewałam. Przede wszystkim biorąc pod uwagę czas, kiedy został pierwszy tom wydany (rok 1995) myślałam, że akcja będzie osadzona właśnie wtedy. Ale nie. Fabuła rozgrywa się w roku 2060, w którym samoloty służą za taksówki, a samochodów nie trzeba prowadzić, bo prowadzą się same.* Co sprawiło, że zderzyłam się ze światem z przyszłości, czego kompletnie nie przewidziałam. Jednak muszę przyznać, że wypadło to całkiem nieźle, zwłaszcza w kontekście broni palnej i poszukiwania mordercy.

    Wątek kryminalny został poprowadzony w sposób poprawny. Nie jestem w ocenie kryminałów wyjadaczką z wieloletnim doświadczeniem, ale myślę, że mógł zostać opisany lepiej. Od początku jest praktycznie tylko jeden podejrzany, co raczej średnio sprawia, że chcemy odkryć kto tak naprawdę zabił, ale mamy nadzieję, że nie zrobił tego akurat ten bohater. Wątek romantyczny też został zrobiony poprawnie, ale nie czułam specjalnej ekscytacji podczas spotkań głównych bohaterów i nie czułam jakiegoś napięcia, aby w końcu coś się między nimi wydarzyło. Mam takie poczucie, że Nora Roberts nie bardzo wiedziała, na którym wątku ma się skupić, przez co ani jeden ani drugi nie został zrobiony dobrze. Szkoda.

    Wielkiego plusa daję za zakończenie. Rozwiązanie, które stworzyła autorka jest naprawdę ciekawe i dotyczy bardzo ważnego społecznie tematu, który nie wszyscy mają odwagę podjąć. Choćby dla tego zakończenia warto dać szansę tej serii.

    Jeśli macie ochotę na książkę, która łączy w sobie trochę kryminału i trochę romansu to ta książka jest dla Was. Czytało się całkiem przyjemnie, chociaż nie są to żadne pisarskie wyżyny. Jednakże myślę, że czasem warto chwycić za książkę, która da odpocząć mózgowi i pozwoli lekko przejść przez fabułę.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 440
Cykl: In death | Oblicza śmierci

Dotyk śmierci | Sława i śmierć | Kwiat nieśmiertelności | Śmiertelna ekstaza | Czarna ceremonia | Anioł zemsty | Randka ze śmiercią | Zabójczy spisek | Aż po grób | Świadek śmierci Zapłacisz krwią | Srebrny błysk śmierci | Wróg w płatkach róż | W pogoni za śmiercią | Wirus śmierci | Portret śmierci | Powtórka ze śmierci | Skarby przeszłości | Rozłączy ich śmierć | Wizje śmierci | O włos od śmierci | Naznaczone śmiercią | Śmierć o tobie pamięta | Zrodzone ze śmierci | Słodka śmierć | Pieśń śmierci | Śmierć z obcej ręki | Śmierć cię zbawi | Obietnica śmierci | Śmierć cię pokocha | Śmiertelna fantazja | Pociąg do śmierci | Zdrada i śmierć Śmierć w Dallas | Celebryci i śmierć | Psychoza i śmierć | Wyrachowanie i śmierć | Niewdzięczność i śmierć | Ukryta śmierć | Święta i śmierć | Obsesja i śmierć | Pożądanie i śmierć | Bractwo śmierci | Uczeń i śmierć | Echa i śmierć | Sekrety i śmierć | Śmierć i mrok | Śmierć i ryzyko 
 
 
*Tak, wiem, że istnieje Tesla. 
#31 Więzień Labiryntu - James Dashner

lipca 31, 2021

#31 Więzień Labiryntu - James Dashner

    O książce, z której opinią dzisiaj przychodzę słyszałam już dawno. Nawet oglądałam film na jej podstawie, ale żebym ją przeczytała to złożyło się dopiero teraz. Pamiętam, że film na tyle mi się podobał, że obejrzałam trzy części w trzy kolejne wieczory, co raczej rzadko mi się zdarza. Czy książka też była dobra? Zapraszam do przeczytania recenzji.

"Zapomnij o dawnym życiu, rozpocząłeś nowe."

    Thomas budzi się w windzie, nie pamięta kim jest i skąd się tam wziął. Zna jedynie swoje imię. W końcu winda wyjeżdża na powierzchnię i dołącza do grupy chłopców zamieszkujących... Strefę. Strefa jest to kawałek terenu ulokowany pośrodku Labiryntu. Labirynt zamyka swoje ściany codziennie, a ci, którzy nie zdążyli z niego wrócić nie mają praktycznie żadnych szans na przeżycie. Thomas, jako świeżuch, musi przystosować się do nowego życia, w którym wszyscy Streferzy walczą o przetrwanie. Lecz dzieje się coś dziwnego. Następnego dnia po przybyciu Thomasa winda przywozi na powierzchnię jeszcze jedną osobę. Dziewczynę z tajemniczą wiadomością.

Znajdź wyjście albo zgiń.

    Autor miał bardzo ciekawy pomysł na fabułę. Labirynt, z którego z pozoru nie ma żadnego wyjścia, mordercze stwory grasujące po labiryncie nocą, zagadka do odkrycia, zmuszenie grupy nastoletnich chłopców do nauczenia się, jak przetrwać bez dorosłych. Fajnie, ale jakoś coś między mną a książką nie kliknęło. Już wyjaśniam dlaczego.

    Przede wszystkim męczący slang. Świeżuch, klump, buldożerca, purwa (i jej wszystkie możliwe odmiany) - strasznie mnie to irytowało. Ze względu na fakt, że książkę posiadam w wersji elektronicznej i papierowej to najpierw zaczęłam czytać na czytniku. Po chwili stwierdziłam, że chyba z moją wersją elektroniczną jest coś nie tak i chwyciłam za papierową książkę, okazało się, że z ebookiem wszystko było w porządku, a dziwne słowa to nie jest żaden błąd. Po jakimś czasie trochę się przyzwyczaiłam, ale ostatecznie slang nie przypadł mi do gustu.

    Zirytowała mnie scena, która nastąpiła po pojawieniu się w Strefie dziewczyny. W pewnym momencie któryś z przebywających tam chłopców wypowiedział tekst, że pierwszy chce ją mieć. Jakby dziewczyna pojawiła się po to, by być zabawką dla dorastających młodych mężczyzn i spełniać ich różnorakie fantazje. Może powiecie, że jestem przewrażliwiona, że to tylko książka, ale jakiś młody chłopak kiedyś po nią sięgnie, utkwi mu ta scena w głowie i katastrofa murowana. 

    Zdziwiło mnie w książce też to, że Streferzy mieli zapewnione różne "wygody", między innymi dobrze wyposażoną kuchnię w mikrofalówkę, lśniące stoły itp. oraz mogli o różne rzeczy ułatwiające życie prosić i otrzymywali je za pomocą windy. Z jednej strony da się to wytłumaczyć, bo Labirynt nie powstał przecież sam z siebie i Stwórcy mieli nad nim kontrolę, a z drugiej strony psuło całe wyobrażenie o tym, że muszą nauczyć się, jak przetrwać. 

     Chociaż całość raczej nie trzymała mnie w jakimś szczególnym napięciu i bywały momenty, kiedy trudno było mi zachęcić się do dalszego czytania to ani trochę nie żałuję czasu spędzonego z tą książką. Końcówka sprawia, że zastanawiam się, co będzie się działo dalej i mam ochotę dać szansę następnym tomom, które już czekają na mojej półce.

Ocena: 5/10
Liczba stron: 424
Cykl: Więzień Labiryntu

Więzień Labiryntu | Próby ognia | Lek na śmierć | Rozkaz zagłady | Kod gorączki


#23 Złodziejka książek - Markus Zusak

czerwca 29, 2021

#23 Złodziejka książek - Markus Zusak

     O Złodziejce książek słyszałam już dawno temu, praktycznie zawsze zachwyty. Ale nigdy za nią nie chwyciłam, bo jakoś tematyka wojenna to nie jest moja ulubiona dziedzina. Ta pozycja również znajduje się na plakacie-zdrapce i muszę przyznać, że nawet się ucieszyłam, kiedy maszyna losująca wskazała mi ją jako następną do lektury. Wypożyczyłam ją z biblioteki przystąpiłam do czytania. I jak jej narrator, Śmierć, zdradzę Wam zaraz na początku coś bardzo ważnego. Podobała mi się.
 
"Żeby żyć.
Bo życie warte jest życia.
Choćby ceną była wina i wstyd."
    Główną bohaterką jest Liesel Meminger, dziewczynka, którą matka oddaje w ręce obcych ludzi, aby wychowywali ją i traktowali jak swoje dziecko, ze względu na to, że ta nie miała możliwości się nią zająć. Liesel w zasadzie jest zwykłą dziewczynką, której przyszło żyć w czasach, kiedy u władzy stał Hitler, a Żydzi musieli się ukrywać. Jednakże nasza główna bohaterka ma pewną cechę, a mianowicie jest Złodziejką książek. Pierwszą z nich ukradła, jeszcze zanim nauczyła się czytać.

    Jedną z pierwszych rzeczy, jakie słyszę o tej książce jest to, że fantastycznym pomysłem było zrobienie Śmierci z narratora i w pełni się z tym zgadzam. Nie słyszałam o innej książce, która miałaby tak samo. Śmierć jest przedstawiany jako zapracowana postać, która jest tylko elementem w skomplikowanej machinie, jakim jest świat. Śmierć opowiada historię życia Liesel i czasem wybiega dość mocno do przodu zdradzając nam, co się zdarzy później, ale czasami do samego końca mamy nadzieję, że tylko żartował.

    Podczas lektury odczuwałam całą gamę emocji. Smutek, radość, wkurzenie, szok, zdenerwowanie, nadzieję i ciekawość, jak skończy się historia Liesel. Bohaterowie są wykreowani ciekawie, każde z nich ma swoje indywidualne cechy, które wyróżniają go spośród reszty i swoją historię. 

    Oprócz historii Liesel na kartach Złodziejki książek znajdziemy również "ciekawostki" z życia zawodowego Śmierci oraz kilka ilustracji. Te rzeczy sprawiają, że mimo w miarę ciężkiej tematyki książki nie jesteśmy nią znużeni ani się nie meczymy, tylko lecimy przez fabułę z prędkością światła. Chociaż akcja powieści dzieje się podczas dochodzenia Hitlera do władzy i II wojny światowej to dzieje się to wszystko gdzieś obok, a jednocześnie stoi w progu. Jeśli jest osoba, która obawia się przytłoczenia przez historyczne fakty to nie ma się czym martwić. 

    Jakiś czas temu obiecałam sobie, że będę miała na swoim regale tylko takie książki, do których chciałabym za kilka lat wrócić, albo które chciałabym, żeby moje potencjalne dziecko przeczytało. To jest właśnie jedna z takich książek, piękna, wzruszająca i mądra. Polecam ją każdemu i nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z jej przeczytaniem.

Ocena: 8/10
Liczba stron: 496

#20 Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI - Douglas John E., Olshaker Mark

czerwca 17, 2021

#20 Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI - Douglas John E., Olshaker Mark

    Może jestem dziwna, ale czasem sobie siedzę i zastanawiam się, co ludzie mają w głowie. Zwłaszcza, kiedy słucham w radiu wiadomości i dolatuje do mnie wieść, że przydarzyła się komuś jakaś tragedia np. o podłożu seksualnym, czy wtedy, gdy jeden z członków rodziny zabije drugiego. Ciężko jest mi wyobrazić sobie, jakie obu stronom przychodzą do głowy myśli i jakie motywy kierują osobą, która do nieszczęścia doprowadza. Ciekawi mnie również, co siedzi w umyśle osoby, która zbrodnię popełniła. Dlatego sięgnęłam po książkę, na której podstawie powstał serial netfilixa, który obejrzałam rok temu. Z reguły staram się czytać książkę przed filmem/serialem, ale w tym przypadku nie wiedziałam, że serial został zrealizowany na podstawie reportażu.

"Należy pamiętać, że seryjne morderstwa są zapewne znacznie starszym zjawiskiem, niż nam się wydaje. Opowieści i legendy o czarownicach, wilkołakach i wampirach mogły opisywać w istocie akty przemocy tak odrażające, że w odizolowanych od świata miasteczkach Europy i kolonizowanej Ameryki nie potrafiono dostrzec w nich - oczywistego dla nas - dzieła ludzi zdegenerowanych. Uważano, że tylko istota nadprzyrodzona mogła dopuścić się takich potworności. Bo przecież nie jeden z nas."

    Fabuła książki opisuje część życia Johna E. Douglasa, jego historię zawodową, częściowo prywatną, wstąpienie do FBI oraz początek tworzenia się dziedziny, jaką jest profilowanie seryjnych morderców i/lub gwałcicieli.  Książka zwiera informacje o tym, jak tworzyły się jednostki starające się za pomocą różnorakich danych, np. sposobu ułożenia ciała, rzeczy zostawionych na miejscu zbrodni wykryć, kto jest złoczyńcą. Mindhunter zawiera również opisy przeprowadzonych w przeszłości dochodzeń oraz rozmowy z wykrytymi mordercami i/lub gwałcicielami.

    Nie jestem zachwycona tą pozycją. Nie dostałam tego, czego chciałam i czego spodziewałam się po tej książce. Chciałam dostać informacje, co wskazuje, że morderca jest staruszkiem a nie młodym mężczyzną, albo osobą o białym kolorze skóry czy żółtym. Częściowo takie informacje się pojawiły, ale nie było to coś, co zaspokoiłoby moją ciekawość. Spodziewałam się, że Mindhunter będzie obejmował również więcej rozmów z już wykrytymi mordercami skazanymi i odbywającymi wyrok. Takich rozmów było kilka, ale nie skupiały się one na tym, co działo się w głowach osób, które popełniły zbrodnię, a bardziej na tym, co konkretnie zrobiły.

    Było dość dużo momentów, kiedy podczas lektury po prostu się nudziłam, ponieważ kompletnie nie interesowały mnie osobiste przeżycia autora. Pewnie, rozumiem, że życie agenta FBI nie jest proste, częste rozstania z rodziną, stres, psychiczne obciążenie, fizyczne zagrożenie, świadomość, że nie można pomóc wszystkim i że jeśli się człowiek nie spisze to zostanie popełnione więcej zbrodni. Ale można by to ująć w jednym, może dwóch rozdziałach i skupić się na czymś istotniejszym. A tak to częściowo dostałam biografię Johna E. Douglasa.

    Może mój odbiór tej książki byłby inny, gdybym nie obejrzała najpierw serialu. I wiem, że moje wcześniejsze słowa głównie wskazują na to, że ta książka mi się nie podobała. Podobała mi się, ale nie zaspokoiła mojej ciekawości i nie odpowiedziała na pytania, które miałam. Polecam ją, ponieważ jest dobrą opowieścią o tym, jak tworzyła się sztuka profilowania morderców i że nie była to łatwa droga.

    W planie mam następną książkę z tego cyklu, myślę i mam nadzieję, że ona w pełni odpowie na zadawane przeze mnie pytania. Wiem, że w sierpniu ma mieć premierę jeszcze jedna książka tego duetu, a jej opis wskazuje na to, że jest dokładnie tym, czego szukam.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 432
Seria: Mindhunter


Tajemnice elitarnej jednostki FBI | Podróż w ciemność

PS. Książka po raz pierwszy została wydana w 1995 roku w Stanach, do Polski trafiła dopiero w 2017 roku. Szkoda, że tak długo zajęło jej dotarcie do nas.

#13 Więzień nieba - Carlos Ruiz Zafón

maja 18, 2021

#13 Więzień nieba - Carlos Ruiz Zafón

    Moja przygoda z cyklem Cmentarz Zapomnianych Książek powoli dobiega końca. Za mną już trzeci tom, przede mną czwarty, a w najbliższym czasie ma wyjść zbiór opowiadań. Kiedy zabierałam się za Grę anioła nie sądziłam, że aż tak zachwycę się tą serią i że po skończonej lekturze będę jeszcze długo o opisanych wydarzeniach w poszczególnych tomach myślała.



"Wariatem jest ten, kto ma się za całkowicie normalnego, a za nienormalnych uważa całą resztę."

    W tej części wracamy do Barcelony i dobrze znanych nam już bohaterów, czyli właścicieli księgarni Sempere i Synowie - Daniela i jego ojca, Fermina Romero de Torres'a oraz Davina Martina. Zbliża się ślub, a Fermin jest coraz bardziej osowiały i wychudzony. Pewnego dnia opowiada Danielowi całą swoją historię, której nie poznaliśmy w pierwszej części książki. 

    Bardzo szybko czytało mi się tę książkę, ponieważ pochłonęła mnie on bez reszty. Styl Zafóna jest niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Autora mogę określić jako mistrza słowa, potrafił mnie rozbawić, zasmucić, pocieszyć i to wszystko w krótkim odstępie czasu. I chociaż częściowo wiedziałam, jak historia Fermina się kończy to i tak autor trzymał mnie cały czas w napięciu.

    Trzeci tom trzyma poziom dwóch poprzednich, chociaż skupia się bardziej na wydarzeniach z przeszłości, niż teraźniejszości. Odpowiada na kilka na kilka pytań, które dotąd pozostawały bez odpowiedzi. Jeśli musiałam tę książkę odłożyć to ciągle zastanawiałam się, co będzie dalej. 

    Każdy tom cyklu Cmentarz Zapomnianych jest osobną historią, chociaż rekomendowałabym czytanie ich w kolejności, w jakiej pojawiały się na rynku. Chociaż każda z nich jest zamknięta to jednak pewne wydarzenia czy sytuacje mogą zdradzić czytelnikowi pewne tajemnice, których odkrywanie przynosi naprawdę dużo radości.

    Odrobinę się powtórzę, ale cieszę się, że nie przeczytałam tych książek wcześniej, bo mogłabym ich nie docenić tak bardzo, jak na to zasługują. Są jednocześnie zabawne i smutne. Fabuła potrafi wywołać w czytelniku naprawdę wiele emocji. Polecam się z nimi zapoznać, jeśli nie mieliście takiej okazji. Żal mi, że moja przygoda z Cmentarzem Zapomnianych Książek powoli dobiega końca, chociaż przede mną najgrubszy tom i zbiór opowiadań. 

Ocena: 7/10
Liczba stron: 416

#11 Dom soli i łez - Erin A. Craig

maja 12, 2021

#11 Dom soli i łez - Erin A. Craig

    Dawno już nie czytałam niczego, co jest typowym młodzieżowym fantasy, Jak byłam nastolatką to się w tym gatunku zaczytywałam i jakiekolwiek inne mogłyby nie istnieć. Teraz mam trochę inny gust i potrzeba mi czegoś więcej, niż romans głównej bohaterki z przystojnym wampirem, żebym była oczarowana. Co więcej, boję się, że gdy po tego typu literaturę sięgnę to będę rozczarowana i zdenerwowana, że straciłam czas.

    Szukałam czegoś, co będzie miało tylko jeden tom. Mój wybór padła na "Dom soli i łez" Erin A. Craig, o którym pierwszy raz usłyszałam na booktube. Przyznaję, że chwyciłam też za tę książkę zupełnie nie widząc o czym ona konkretnie jest i wszystkiego dowiadywałam się podczas lektury.

"Noce jak ta należało dzielić, pamiętać i rozmawiać o nich po latach. Takie niebo było stworzone, by się pod nim całować."
    W domu Annaleigh od kilu lat bez przerwy trwa żałoba. Z dwunastu sióstr Thaumas zostało tylko osiem, na rodzinie ciąży klątwa zabierając jedną dziewczynę po drugiej. Annaleigh wraz z siostrami stara się wyjaśnić, co takiego stoi za całym ich nieszczęściem. Pewnego dnia dziewczyna słyszy historię o tajemniczych drzwiach, przez które przejście może odmienić los rodziny Thaumasów.

    Jestem pozytywnie zaskoczona tą książką, myślałam, że będzie odrobinę bardziej infantylna.Siostry Thaumas są nastolatkami bądź jeszcze dziećmi, żyją w czasach, w których ważne jest aby dobrze wyjść za mąż, a bale i tańce to jedna z ważniejszych rozrywek. Wraz z zagłębianiem się w lekturę okazuje się, że jednak nie jest tak, że bohaterki to głupie laleczki, a mające swój rozum młode kobiety. Bardzo podobało mi się też to, że w rodzinie księcia Ortuna tradycja mówi o tym, że majątek przejmuje najstarsze dziecko i nie ma to znaczenia, czy jest dziewczynką czy chłopcem.

    Fabuła jest ciekawa. Niemal od samego początku zastanawiałam się, czy rodzina Thaumasów naprawdę jest przeklęta czy wszystkie śmierci są tylko przypadkiem i ogromnym pechem. Razem z Annaleigh rozwiązujemy zagadkę śmierci Eulalie, gdyż dziewczyna nie uważa, że był to tylko wypadek. Krok po kroku dziewczyna bada różne tropy i finalnie dowiadujemy się co i jak. 

    Ale Annaleigh nie robi tego sama. W poszukiwaniu odpowiedzi, oprócz sióstr, towarzyszy jej przystojny i tajemniczy Casius. Wątek romantyczny całkiem mi się podobał, chociaż przez chwilę miałam wrażenie, że będzie też zmierzał w kierunku trójkąta miłosnego. Kolejne pytanie jest takie, czy Casius jest taki jak się wydaje? Czy być może maczał palce w nieszczęściach rodziny Thaumasów? Jak zwykle - odpowiedź w książce.

    Oprócz wątku kryminalnego i miłosnego w książce Dom soli i łez znajdziemy również grozę. Przyznam się, że chyba nigdy nie bałam się horrorów i raczej moje wzdrygnięcia polegały na elemencie zaskoczenia niż strachu, jednak ta książka w pewnym momencie sprawiła, że przeszedł mnie delikatny dreszcz. Nie pomógł fakt, że czytałam ją w środku nocy. Także plus jest ogromny. Kolejną fajną sprawą jest to, że pojawiła się taka chwila podczas czytania, że już sama nie byłam pewna co jest prawdą, a co szaleństwem i z niecierpliwością wypatrywałam rozwiązania.

    Aby nie było tak kolorowo to drobnym minusem jest to, że wątki przechery i magicznych drzwi zostały potraktowane odrobinę po macoszemu. Myślałam, że będą bardziej rozwinięte, a tak się niestety nie stało, ale co dla mnie jest niewystarczające dla kogoś innego może być w sam raz, więc się tym nie przejmujcie. 

    Podobała mi się ta książka. Dobrze się przy niej bawiłam, nie zmęczyła mnie, czytało mi się szybko. Nie było nic, co szczególnie mnie zirytowało, zakończenie mnie definitywnie usatysfakcjonowało. Bardzo fajna powieść jednotomowa, którą z czystym sercem mogę polecić.


Ocena: 7/10
Liczba stron: 432  

Copyright © Let's read! , Blogger