#41 Franek i Finka. Cyrk martwych makabresek - Aneta Jadowska

sierpnia 30, 2021

#41 Franek i Finka. Cyrk martwych makabresek - Aneta Jadowska

    Do zeszłego roku nie sądziłam, że będę się zaczytywała w książkach jakiegokolwiek polskiego autora. I wtedy weszła Aneta Jadowska cała na biało. Zaczęłam od Trupa na plaży, a skończyło się na tym, że w dwa miesiące za mną była też seria o Dorze Wilk, o Nikicie, o Witkacym i wszystkie dodatkowe, które związane były z Thornverse. Nie wspominam już o tym, że jak pojawiła się informacja o zbiorze opowiadań "Cud, miód, Malina" to z niecierpliwością czekałam na premierę. W tym roku swoją premierę miała pierwsza część serii Franek i Finka skierowanej do dzieci, czyli Cyrk martwych makabresek. Cóż, nie mogłam przejść obok tej książki obojętnie.

"- Tak sobie myślę... - zaczął i natychmiast się zaciął.
- To zwykle bardzo dobry początek. Za mało ludzi myśli, gdybyś mnie pytał - stwierdził dziadek."

    Pozwolę sobie wykorzystać opis książki, który przedstawi clue historii i nie zdradzi Wam za dużo z fabuły:

"Zbliżają się wakacje, a Franek i Finka mają je spędzić w cyrku ekscentrycznego dziadka, który potrafi czarować i wygląda jak skrzyżowanie Świętego Mikołaja z Willym Wonką. Tata bliźniaków uważa, że cyrkowy świat magii nie jest właściwym miejscem dla dzieci. Przez zaklęcia Franek i Finka nie pamiętają wizyt dziadka ani prezentu urodzinowego w postaci smoka, ale… to już wkrótce się zmieni. Rodzeństwo odkrywa swoje niezwykłe zdolności i poznaje istoty, o których czytało tylko w książkach. Ale czy talent do magii pozwoli im uratować umierającą mamę?"

    To była naprawdę świetna lektura i wyśmienicie się przy niej bawiłam. Nieczęsto sięgam po literaturę dziecięcą, ale po tylu przeczytanych książkach Jadowskiej i po wielu przeczytanych pozytywnych recenzjach, nie mogłam się powstrzymać. Autorka po raz kolejny sięgnęła po motyw świata, do którego nie może przedostać się zwykły śmiertelnik, w związku z czym, aby dostać się do Cyrku Jutrzenka Baltazara Bączka należy przejść przez Bramę. Generalnie jest to fajny zabieg, który pozwala nam wierzyć, że gdzieś tam za zasłoną kryje się magiczny świat.

    Bohaterowie - bomba. Franek i Finka są fantastyczni, chociaż finka rządzi! Ale myślę, że w następnych tomach Franek też pokaże na co go stać. Myślę też, że Baltazar Bączek jest takim dziadkiem, jakiego chciałby każdy z nas. Pomysłowy, przyjazny, inteligentny, no i ma swój własny cyrk! Przez książkę przewijają się także inni bohaterowie, nie wszyscy pozytywni, ale gwarantuję Wam, że cyrkowców Jutrzenki chcielibyście poznać osobiście. Fajne jest również to, że dzieci w Cyrku martwych makabresek nie są małymi przygłupami, tylko oryginalnymi i wyjątkowymi postaciami.

    Książka porusza wiele różnych tematów. W tym trudnych, jak choroba mamy czy społecznych, jak fakt, że w cyrkach wykorzystywane są żywe zwierzęta, które niekoniecznie mają ochotę występować na scenie i są do tego zmuszane. 

    Jeśli dotychczas nie przeczytaliście Cyrku martwych makabresek to gorąco Was do tego zachęcam. Bawiłam się przednio i już teraz wiem, że trafi do moich ulubieńców tego roku. Następne książki z tego cyklu biorę w ciemno i się nie zastanawiam. Nie mogę się doczekać, aż autorka wypuści kolejną część z przygodami Franka i Finki. Polecam z całego serca!

Ocena: 8/10
Liczba stron: 368
Cykl: Franek i Finka

Cyrk martwych makabresek |

#40 Historia pszczół - Maja Lunde

sierpnia 29, 2021

#40 Historia pszczół - Maja Lunde

    Staram się żyć ekologicznie. Wychodzi mi to różnie, czasem lepiej, czasem gorzej. Przez pewien czas nawet byłam Pszczelą Bohaterką w Green Peace i miałam adoptowane pszczoły. Niestety, zeszły rok sprawił, że musiałam do minimum ograniczyć wydatki i niestety - w chwili obecnej nią nie jetem. Ale za to na ogródku posiałam nasiona roślin miododajnych i całkiem niezła kępa z tego wyrosła. Głosowałam również w budżeciue obywatelskim Chorzowa, aby została zrobiona łąka z takimi roślinami. I powstała! Przejeżdżam obok niej codziennie na rowerze, kiedy jadę do pracy. Powiedzmy to sobie szczerze - świata bez pszczół by nie było. Mielibyśmy ogromne problemy ze zdobyciem pożywienia. Oprócz prezentowanej przeze mnie książki, mówi o tym chociażby bajka dla dzieci pt. "Film o pszczołach", w której pszczoły przestały pracować i po niedługim czasie można było zaobserwować tego skutki.

"Jedna pszczoła bowiem jest niczym, cząstką tak małą, że całkiem pozbawioną znaczenia, natomiast razem z innymi jest wszystkim. Bo razem stanowią pszczelą rodzinę."
    "Historia pszczół" Mai Ludne jest podzielona na trzy historie, każda dzieje się w zupełnie innym czasie. Pierwsza, która miejsce ma w 1857 roku, przedstawia życie Williama, który został ojcem gromady dzieci i właścicielem sklepu z nasionami, zamiast naukowcem przyrodnikiem. William początkowo całe dnie spędza w łóżku, chory na zidentyfikowaną chorobę.
Druga, dzieje się w czasach obecnych, a konkretnie w 2007 roku. George hoduje pszczoły i ma całkiem potężną ilość uli. Jego marzeniem jest przekazanie firmy synowi, który nie bardzo pali się do przejęcia w przyszłości spadku. Na dodatek coraz częściej wśród hodowców pszczół pojawiają się informacje o śmierci setek tysięcy owadów.
Trzecia historia z 2098 roku jest opowiadana przez Tao, która pracuje jako zapylaczka drzew, ponieważ pszczoły wyginęły. W pewnym momencie znika jej syn, a Tao wyrusza w długą podróż, aby go odnaleźć.

    Każda z tych trzech historii jest ciekawa. Pierwsza przedstawia świat, w którym pszczoły mają się świetnie i trwają prace związane ze stworzeniem takich uli, aby można było w przystępny i nieszkodzący owadom sposób na wydobywanie miodu. Druga historia pokazuje czasy, w których powoli zaobserwować można pojawiający się problem z tajemniczą chorobą, która dziesiątkuje ule. Trzecia zaś opowiada o świecie, kiedy rolę zapylaczy muszą przejąć ludzie. Każda z nich daje do myślenia i skłania do refleksji pt. "co ja mam zrobić, żeby nie dopuścić do zagłady tych pożytecznych stworzeń?". 

    Powiem szczerze, że nie za bardzo polubiłam bohaterów. Każde z nich miało w sobie coś irytującego, chociaż William i George najbardziej z całej trójki nie przypadki mi do gustu. W przypadku Tao chyba bardziej wkurzał mnie jej mąż, który po zaginięciu dziecka bardziej przejmował się tym, że nie starczy im na drugie (z opisywanej historii wynika, że każda para może mieć jedno dziecko, a aby dostać pozwolenie na spłodzenie drugiego należy wnieść opłatę i nie mieć przekroczonych trzydziestu lat życia).

    Ta książka przewija się przez książkosferę dość często i nie dziwi mnie to. Jednak od razu ostrzegam - jeśli szukacie wartkiej akcji z wybuchami i pościgami to tutaj jej nie dostaniecie. Czyta się szybko, to fakt, jest to potrzebna historia, ale z gatunku tych spokojniejszych. Bardzo polecam.
 
Ocena: 8/10
Liczba stron: 514
Cykl: Kwartet klimatyczny

Historia pszczół | Błękit | Ostatni
#39 Miasto z mgły - Carlos Ruiz Zafón

sierpnia 25, 2021

#39 Miasto z mgły - Carlos Ruiz Zafón

    To już jest koniec. Tetralogia Cmentarza Zapomnianych Książek została zamknięta definitywnie. Bardzo dawno nie kupiłam żadnej książki przed jej premierą. Na lekturę tej nie potrafiłam się doczekać.
 
"Porzekadło głosi, że człowiek powinien iść, póki ma siłę w nogach, mówić, póki staje mu głosu, i marzyć, póki jeszcze tkwią w nim resztki niewinności, bo i tak wcześniej czy później nie będzie już mógł ustać o własnych siłach, oddechu mu całkiem zabraknie, a marzyć będzie jeno o wiecznej nocy zapomnienia."
    Jest to zbiór jedenastu opowiadań, krótszych i dłuższych. W niektórych poznajemy zupełnie nowych bohaterów, w innych wracamy do doskonale nam znanej rodziny Sempere. Opowiadania zawierają w sobie różnorakie historie, między innymi tę, jak powstał Cmentarz Zapomnianych Książek czy ukłon w stronę mistrza Zafóna, czyli Miguela de Cervantesa. Większość z nich nigdy wcześniej nie były publikowane, z wyjątkiem opowiadania "Książę Parnasu", które zostało wydane jako dodatek do trzeciej części tetralogii.

    Tę książkę cechuje to, że jednocześnie chce się ją przeczytać i nie chce się dotrzeć do ostatniej kartki. Miasto z mgły jest, i mówię to z ogromnym żalem, pożegnaniem Zafóna z czytelnikami. Przy przewracaniu stron mamy świadomość, że spod jego pióra nic więcej już nie wyjdzie. Każde z opowiadań mogło być całkiem nową, rozbudowaną historią, niestety nie ma już na to szans. Cieszę się, że ujrzały one światło dzienne, chociażby w tej krótkiej formie. Pokazują one ogromny talent autora i po raz kolejny ujawniają jego umiejętność żonglowania słowem.

    Polecam zapoznać się z tym zbiorem opowiadań każdemu, kto ma za sobą lekturę czterech tomów Cmentarza Zapomnianych Książek i tęskni za stylem autora. Osobom, które nie miały styczności z książkami Zafóna najpierw radzę zagłębić się w Barcelonę, którą opisuje i zakochać się w niej tak, jak ja.

Ocena: 7/10
Liczba stron: 224

Cień wiatru | Gra aniołaWięzień nieba | Labirynt duchów | Miasto z mgły

#38 Władca Much - William Golding

sierpnia 23, 2021

#38 Władca Much - William Golding

    Zaczynam myśleć, że czytanie książek z plakatu-zdrapki to nie jest dobry pomysł. Większa część mi się nie podoba i nie rozumiem, dlaczego zostały one zakwalifikowane jako te, które warto przeczytać. Kiedy czytałam opis Władcy much byłam bardzo zaciekawiona, w trakcie czytania mój entuzjazm spadał na łeb na szyję.
 

"Jak człowiek się kogoś boi, to go nienawidzi, ale nie może przestać o nim myśleć."
    Z katastrofy lotniczej z życiem uchodzi garstka chłopców. Na bezludnej wyspie starają się odnaleźć w nowej rzeczywistości bez dorosłych, ułożyć życie tak, aby przetrwać oraz zaznaczyć swoją obecność, aby ratunek przybył jak najszybciej. Początkowo chłopcy są oczarowani brakiem zasad i nakazów, które stworzyli dorośli. Problem w tym, że sielanka rajskiego życia szybko się kończy, a miła przygoda zamienia się w najgorszy z możliwych koszmarów.

    Przez większą część ta książka jest po prostu nudna, akcji prawie nie ma, życie skupia się na tym, że niektórzy chcą budować szałas, a reszta nie chce, że mieli nosić wodę do wybranego punktu w łupinach z kokosa, ale tego nie robią. Pokazuje, że ustalone zasady są w gruncie rzeczy nic nie warte, bo nikt się nimi nie przejmuje, a pierwszą potrzebą jest polowanie na świnie, aby zdobyć mięso i zabawa na piasku.

    No właśnie, polowanie na świnie. Jestem świadoma tego, że ta książka została po raz pierwszy wydana w 1954 roku i czasy od tego roku zmieniły się diametralnie, ale nie wierzę, że jakiekolwiek dziecko byłoby w stanie zapolować na świnię, poderżnąć jej gardło i cieszyć się z tego, jak leje się krew, po czym wyśpiewywać o tym piosenki. Nie wierzę, nikt mnie nie przekona do tego. 

    Denerwowała mnie też absurdalność tego, że tylko dzieci przeżyły katastrofę lotniczą. Jakby w samolocie nie było ani jednego dorosłego, mimo że na wyspie są również maluszki w wieku ok czterech lat, których nikt, przy zdrowych zmysłach, nie puściłby samych. Realizmu fabule dodałaby chociażby wzmianka o znalezionych zwłokach dorosłych, bądź jakimś dorosłym dogorywającym na plaży czy wyrzuconym przez ocean.

    Istnieje prawdopodobieństwo, że zapomniał wół, jak cielęciem był i już nie pamiętam, jak to jest być dzieckiem, ale w mojej opinii Golding pokazuje wszystkie najgorsze cechy dzieci. Okrucieństwo (także w stosunku do kolegów), brak poszanowania zasad, lenistwo... Aż odechciewa się mieć dzieci.

    W pewnym momencie pojawia się także tytułowy Władca much. Głowa świni nabita na kij. Myślałam, że będzie to bardziej rozwinięty wątek, ale nie (stety bądź niestety). Ten element fantasy kompletnie nie pasuje do całek książki. Myślałam, że będzie to rozwiązane w zupełnie inny sposób.

    Mam wrażenie, że albo jestem na tę książkę za młoda albo za stara. Może być też tak, że jej po prostu nie zrozumiałam, ale ciężko chcieć coś zrozumieć, kiedy jest to podane w tak niestrawnej wersji. Nie polecam, nie stracicie niczego, jeśli tej książki nie przeczytacie.


Ocena: 2/10
Liczba stron: 256

PS. Jedyny pozytyw tej książki jest taki, że narobiła mi ochoty na serial Lost, który jest inspirowany Władcą much.

#37 Na zawsze, ale z przerwą - Taylor Jenkins Reid

sierpnia 19, 2021

#37 Na zawsze, ale z przerwą - Taylor Jenkins Reid

    Bywa czasem tak, że sięgam po jakąś książkę praktycznie nic o niej nie wiedząc, prócz gatunku, bo spodobał mi się tytuł. Tak było w przypadku książki, którą dzisiaj Wam przedstawię. Co prawda gdzieś na początku lektury przeczytałam sobie pobieżnie opis, ale nie wpłynęło to na moją chęć dalszego czytania. Żeby było zabawniej to dopiero po przeczytaniu i oznaczaniu książki jako przeczytanej, dowiedziałam się, że Taylor Jenkins Reid jest autorką bardzo popularnych w ostatnim czasie książek "Siedmiu mężów Evelyn Hugo" i "Daisy Jones & The Six". 

"Ja czekałam na kogoś, kto zwali mnie z nóg i sam również zostanie zwalony z nóg przeze mnie. Chciałam kogoś, kto nie będzie prowadził ze mną gierek, bo to oznaczałoby mniej czasu dla siebie nawzajem. Nie wiedziałam, czy taka osoba gdziekolwiek istnieje, ale byłam zbyt młoda, żeby się poddawać."

    Elsie i Ben poznali się pewnego deszczowego dnia, kiedy oboje postanowili zjeść pizzę. Była to niemalże miłość od pierwszego wejrzenia i od tamtego wieczoru byli nierozłączni. Intensywny związek rozwijał się szybko. Tak szybko, że kilka miesięcy później para stanęła na ślubnym kobiercu. Elsie Porter została wdową w niecałe dwa tygodnie po zawarciu małżeństwa. Po wypadku musi poradzić sobie z żałobą i dalszym życiem w pojedynkę.

    Prawdopodobnie każdy z nas przeszedł w swoim życiu przez żałobę. Mniejszą czy większą, ale doświadczył utraty innej osoby, tego ciężaru całego świata na barkach, który od teraz trzeba dźwigać samotnie. Książka jest podzielona na dwie części przeplatające się ze sobą. Jedna opowiada o rozwijającym się związku Elsie i Bena, jego intensywności i drodze do małżeństwa. Druga zaś przedstawia życie Elsie w żałobie i to, jak sobie z nią radzi.

    Książka w pewien sposób przypominała mi powieść Cecelii Ahern pt. "P.S Kocham Cię", w której główna bohaterka również musiała sobie poradzić z utratą męża i tak jak Elsie wracała do wydarzeń z przeszłości. Na tym jednak podobieństwa się kończą, ponieważ każda z nich musi sobie radzić z żałobą na swój sposób. 

    Z żałobą problem jest taki, że z jednej strony rozumiemy osobę, która ją przechodzi, a z drugiej strony chcielibyśmy, aby jak najszybciej się ona skończyła. Dlatego mam takie dwojakie odczucia dotyczące tej części. Bo jednocześnie było mi żal głównej bohaterki, że musi przechodzić prze tę całą sytuację, a z drugiej strony miałam ochotę powiedzieć, żeby przestała się już użalać i ruszyła dalej, a do tego irytowało mnie to, że czuje się niczym pępek świata i nikt nie ma prawa być szczęśliwy, bo ona nie jest. Rozumiecie, czyjeś cierpienie jest dla nas niekomfortowe, chcemy, aby ta osoba jak najszybciej wzięła się w garść, albo chociaż udawała, że to zrobiła.

   Część obejmująca rozwijający się związek nie wyróżniała się niczym szczególnym. Wątek romantyczny skonstruowany dobrze, chociaż bez jakichś ogromnych zachwytów. 

     Bohaterowie są prawdziwi. Bardzo polubiłam Bena, ale jedną z najlepiej skonstruowanych postaci jest teściowa Elsie - Susan. Wielowymiarowa, początkowo z piekła rodem. To ona jest najbardziej rzeczywista i przechodzi największą przemianę.

    Chyba najlepszym określeniem tej książki będzie to, że jest ona życiowa. Nie upiększa, ale też - mam wrażenie - nie wyolbrzymia żałoby. Warta jest przeczytania, polecam.


Ocena: 6/10
Liczba stron: 352

Copyright © Let's read! , Blogger