Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
#67 Tajemnicza historia w Styles - Agatha Christie

lipca 20, 2022

#67 Tajemnicza historia w Styles - Agatha Christie

    Agathy Christie nie trzeba nikomu przedstawiać, ponieważ chyba każdy o niej słyszał, nawet jeśli nie czyta książek. O jubileuszowych wydaniach jejpowieści mogą wiedzieć osoby bardziej tematem zainteresowane, a jeśli do nich nie należycie to powiem Wam, że są piękne. I bardzo zachęcają do lektury. Okładkowe sroki łączmy się. Muszę powiedzieć, że z Poirotem spotkałam się już wcześniej, dzięki lekturze "Morderstwa w Orient Expressie" i zbioru opowiadań pt. "Zbrodnie zimową porą", ale wtedy brakowało mi jednak jakiegoś wprowadzenia, czy opisu wyglądu detektywa (który być może był, ale został przeze mnie zignorowany). W każdym razie postanowiłam... zacząć od początku.

"- Co ci zawsze mówiłem?! - wybuchnął mój przyjaciel. - Nie wolno nic pomijać. Jeżeli jeden szczegół nie pasuje do teorii, lepiej odrzucić teorię."
    W rezydencji Styles Court umiera jej właścicielka. Pierwsze podejrzenia padają na jej o dwadzieścia lat młodszego męża, przed którym Emilię Inglethorp ostrzegała przyjaciółka, Ewelina Howard. Jednak czy tylko Alfred miał powód, by pozbyć się starszej pani? Czy może pasierbowie życzyli "najdroższej Emilii" rychłej śmierci, by przejąć majątek?

    Tajemnicza historia w Styles jest książką, w której po raz pierwszy poznajemy Herculesa Poirota, małego Belga z przenikliwym umysłem, który jest w stanie rozwiązać zagadki, których wyjaśnienia nikt inny by nie znalazł. Nie mogę powiedzieć, że polubiłam go od samego początku, ponieważ zdarzały się chwile, w których trochę mnie irytował. Lekkimi skrzywieniami reagowałam na każde "mon ami", choć w pewnym momencie zaczęłam je ignorować. Jako tako sympatia przyszła później. 

    Kiedyś wspominałam już, że detektyw ze mnie jest raczej średni. Jeśli będę wiedziała, kto zabił wcześniej niż autor/autorka postanowią to ujawnić to raczej za sprawą szczęśliwego trafu, niż połączenia wszystkich kropek. Nie inaczej było w tym przypadku. Znaczy - miałam swoje podejrzenia, ale autorka zręcznie wytrącała mi karty z ręki i finalnie i tak wszystkiego dowiedziałam się dopiero na końcu.

    Kryminał Christie czyta się przyjemnie, autorka bardzo fajnie wprowadza czytelnika w kreowany świat. Można się poczuć tak, jakby samemu było się w tej rezydencji i brało udział w poszukiwaniu rozwiązania tajemnicy, pytanie tylko czy dostrzeże się wszystkie wskazówki, które autorka podaje jak na tacy.

    Jeśli dotychczas nie mieliście okazji przeczytać nic Agathy Christie to polecam. Jeden tytuł to jedna historia i nic nie jest rozwlekane niepotrzebnie. Jeśli macie ochotę na zagadkę kryminalną, gdzie autor potrafi wyprowadzić Was w pole to Tajemnicza historia w Styles jest odpowiedzią na Wasze potrzeby.


Ocena: 6/10
Liczba stron: 222
Cykl: Hercules Poirot

Tajemnicza historia w Styles | Morderstwo na polu golfowym | Poirot prowadzi śledztwo | Zabójstwo Rogera Ackroyda | Wielka czwórka | Zagadka Błękitnego Expressu | Samotny dom | Śmierć Lorda | Morderstwo w Orient Expressie | Czarna kawa | Tragedia w trzech aktach | Śmierć w chmurach | A.B.C. | Morderstwo w Mezopotamii | Karty na stół | Śmierć na Nilu | Morderstwo w zaułku | Niemy świadek | Rendez-vous ze śmiercią | Morderstwo w Boże Narodzenie | Pierwsze, drugie... zapnij mi obuwie | Zerwane zaręczyny | Zło czai się wszędzie | Pięć małych świnek | Niedziela na wsi | Dwanaście prac Herkulesa | Pora przypływu | Pani McGinty nie żyje | Po pogrzebie | Entliczek pentliczek | Zbrodnia na festynie | Kot wśród gołębi | Tajemnica gwiazdkowego puddingu | Przyjdź i zgiń | Trzecia lokatorka | Wigilia Wszystkich Świętych | Słonie mają dobrą pamięć | Wczesne sprawy Poirota | Kurtyna

#57 Ekstra rok z życia introwertyczki - Jessica Pan

kwietnia 30, 2022

#57 Ekstra rok z życia introwertyczki - Jessica Pan

    Jestem introwertyczką. Byłam nią od zawsze, a uświadomiłam sobie to dopiero wtedy, kiedy po raz kolejny po spotkaniu ze znajomymi musiałam trochę odpocząć od nich w zupełnej ciszy i pobyć sama ze sobą. Przebywanie we własnym towarzystwie kompletnie nie jest dla mnie problemem. Pominę milczeniem również fakt, że kiedy moi rówieśnicy balowali w piątki i soboty w dyskotekach to ja wolałam spędzać wieczór z książką. Zawsze też byłam aktywna w różnych wydarzeniach typu szkolne akademie, ale zamiast na scenie wolałam być za kulisami. Przykładów mojego introwertyzmu mogłabym wymieniać i wymieniać, ale nie o to tutaj chodzi. Przyszłam opowiedzieć wam o książce napisanej przez skrajną introwertyczkę, która postanowiła zmienić swoje życie.
"A zatem ktoś uznał cię za idiotkę. Koniec. Życie płynie dalej. Na świecie żyją miliony ludzi, z całą pewnością trafi się ktoś, kto uzna cię za idiotkę i nic wielkiego się nie stanie."
   Jess postanowiła odwrócić swoje życie do góry nogami i przez rok zachowywać się zupełnie odwrotnie do tego, jak było to dotychczas. Jessica dała sobie rok na zachowywanie się jak ekstrawertyczka – poznawanie nowych ludzi, występowanie na scenie, wyjeżdżanie w pojedynkę, w skrócie – chciała wyjść ze swojej strefy komfortu, space bubble, przełamać postawione sobie samej bariery. Chciała przekonać się, czy ludziom odważnym funkcjonuje się w świecie łatwiej.

    Przede wszystkim muszę powiedzieć, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Popełniłam błąd nie wczytując się w opis książki przed lekturą, ponieważ myślałam, że będzie to fikcja literacka, a nie relacja z życia autorki. Ale był to błąd, którego wcale nie żałowałam, ponieważ tę książkę czyta się tak, jakbym na żywo słuchała autorki i jej opowieści o roku, w którym postanowiła być ekstrawertyczką. Rzadko kiedy jestem w stanie wczuć się w czyjąś postać, ale przy czytaniu „Ekstra rok z życia introwertyczki” co chwilę w mojej głowie pojawiała się myśl „o kurczę, też tak mam!”. Fajnie tak się dowiedzieć, że nie tylko mnie przerażają pewne czynności, które innym przychodzą bez większego trudu. Co prawda czasem miałam wrażenie, że autorka nie jest tylko „zwykłą” introwertyczką, a bardzo skrajną, w kierunku fobii społecznej. Choć Jessice Pan rok próby życia jak ekstrawertyczka dość mocno pomógł to jeśli np. płaczecie przed próbą wykonania telefonu do jakiejś instytucji to rozważcie wizytę u psychologa. Taka konsultacja na pewno nie zaszkodzi, a jedynie pomoże. Podczas lektury często też śmiałam z przygód autorki, w końcu nikt nie powiedział, że wszystko szło gładko jak po maśle! Ale żeby przekonać się, co autorce wyszło, a co nie to musicie sami sięgnąć po tę książkę.

    Trochę brakowało mi reakcji najbliższych autorki na jej eksperyment z zmianą życia. Zdarzały się fragmenty, kiedy opowiadała o tym, że mąż pomagał jej się przygotować do występu na scenie, ale nie było nic o tym, co myśli on na temat całego tego życiowego przewrotu. W końcu nie codziennie nasza połówka postanawia zmienić się o 180 stopni, samotnie podróżować i chodzić na przyjacielskie randki. Jednakże to tylko drobny minus, który nie wpływa na ogólny odbiór książki.

    Ogromnie żałuję, że wydawnictwo i tłumacz nie zdecydowali się na pozostawienie oryginalnego tytułu tej książki. „Sorry I'm Late, I Didn't Want to Come: One Introvert's Year of Saying Yes” (w moim luźnym tłumaczeniu - Przepraszam, że się spóźniłam, nie chciałam przyjść: rok mówienia „tak” introwertyczki). Pierwsza część tytułu idealnie odzwierciedla moje odczucia względem różnych spotkań grupowych. Nasz tytuł też jest fajny, ale oryginalny to esencja introwertyzmu.

    Jeśli szukacie czegoś lekkiego, co powoli Wam odetchnąć od własnego życia, a i być może zainspirować Was do działania – ta książka jest dla Was. Po długich zimnych miesiącach fajnie jest chwycić za książkę, która opowiada o prawdziwych wydarzeniach i prawdziwej przemianie osoby, z którą utożsamić może się każdy (no dobra, każdy introwertyk). Polecam gorąco, mnie „Ekstra rok z życia introwertyczki” bardzo się podobał.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 360
#56 Maestro. Historia milczenia - Marcin Kącki

kwietnia 28, 2022

#56 Maestro. Historia milczenia - Marcin Kącki

    Od pewnego czasu sięgam po coraz więcej reportaży, chociaż muszę je sobie dawkować ze względu na ogromny ładunek emocjonalny, który z reguły wiąże się z ich czytaniem. Przyznaję, że póki co sięgam po tematy, które głównie dotyczą kraju, w którym żyję albo trudnych tematów, jak np. przemoc w kościele katolickim, wychowywanie niepełnosprawnego dziecka, czy jak w tym przypadku – pedofilii. Reportaże bardzo często otwierają mi oczy, ale i sprawiają, że zaczynam sobie zadawać bardzo dużo pytań, na które niestety nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi. Literatura faktu daje mi możliwość poznania rzeczywistości, w której – mam nadzieję – nigdy nie przyjdzie mi żyć.

    "Maestro. Historia milczenia” Marcina Kąckiego to uzupełniony o aktualne fakty i wznowiony tekst z 2013 roku. Opowiada historię Poznańskiego Chóru Chłopięcego, później znanego jako Polskie Słowiki. Nie ma chyba osoby, której nie obiłoby się o uszy, że na przestrzeni wielu lat działania grupy, chłopców, którzy w nim śpiewali, molestowali nie tylko jego pracownicy, ale i dyrygent – Wojciech Krolopp. Marcin Kącki nie tylko rozmawia z molestowanymi byłymi członkami chóru, ale także z ich rodzicami czy Kroloppem we własnej osobie.

    Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, ze tego reportażu nie da się przeczytać na jeden raz. Ładunek emocjonalny podczas lektury jest tak ogromny, że sama wielokrotnie przerywałam i skarżyłam się osobom obok, jak taka historia w ogóle mogła się wydarzyć. Niestety, nikt nie znał odpowiedzi. Wydaje mi się, że tylko ktoś o mocnych nerwach będzie w stanie przeczytać historię opowiadaną przez Marcina Kąckiego jednym ciągiem, nie robiąc przerwy na lżejsze pozycje.

   W normalnym społeczeństwie ta historia nie miałaby prawa się wydarzyć. I oburza mnie ona ogromnie. Sam fakt wykorzystywania seksualnego dzieci jest karygodny, ale kompletnie nie rozumiem rodziców, którzy… przymykali oko na to, co się dzieje. Jestem w stanie zrozumieć, że dzieci mogły nie wiedzieć, że to, co robi im dyrygent jest złe, ale fakt, że dorośli (i tu nie tylko rodzice chórzystów) udawali, że nie widzą i że nie wiedzą, co się dzieje jest nie do pomyślenia. Uważam, że tak samo, jak Wojciech Krollop, oni również ponoszą winę na to, co się stało.

    Ciężko jest opisać ten reportaż nie zdradzając przy tym informacji o prawdziwych wydarzeniach. I choć jestem zdania, że nie można zaspojlerować historii, która miała miejsce naprawdę to muszę opowiedzieć o jeszcze jednej osobie, która miała swoją rolę w tej historii. Niewielką, aczkolwiek bulwersującą. A jest nią… Tomasz Jacyków. Tak, Tomasz Jacyków, stylista (choć według mnie wątpliwej jakości), znany chyba wszystkim z telewizji. Rzeczony pan opowiadał w tej książce o tym, że kiedyś, przez brakiem gotówki postanowił otworzyć biznes związany z sutenerstwem, w związku z czym zarabiał pieniądze na prostytutkach. A dowiedziawszy się, że Krollop, z którym w przeszłości miał kontakty seksualne jest oskarżony o pedofilię, stwierdził, że „bardzo dobrze, że istnieją amatorzy piętnastolatków, bo inaczej zabrandzlowałby się na śmierć”. Rozumiecie? Bo ja nie. A najbardziej nie rozumiem tego, jak taka osoba może teraz być KIMŚ, występować w telewizji na ściankach i jeszcze bez krztyny wstydu przyznawać się do czegoś takiego. Przykro mi, że osoby przedstawiające jakąś wartość są spychani na margines, a tacy ludzie jak Jacyków uznawani za celebrytę i autorytet w jakiejkolwiek dziedzinie.

    W reportaży Marcina Kąckiego podobało mi się to, że bezstronnie opowiedział tę historię, niczego nie podpowiadał swoim rozmówcom, nie komentował ich zachowania czy wypowiedzi. Wiem, że tak powinien zostać zrobiony dobry reportaż, jednak miałam do czynienia z książkami, w których autorzy sugerowali, co czytelnicy powinni myśleć na dany temat.

    Czytajcie tę książkę. Jest to niełatwa, ale bardzo wartościowa lektura. Pokazuje, że nawet w miejscu, w którym byśmy się nie spodziewali, należy zawsze mieć oczy otwarte. I reagować, kiedy innym dzieje się krzywda, zwłaszcza, jeśli dzieje się tym najbardziej bezbronnym – dzieciom.

Ocena: 8/10
Liczba stron: 368

#52 Ze snu... - Maya M. Lancewicz

kwietnia 19, 2022

#52 Ze snu... - Maya M. Lancewicz

    Uwielbiam Włochy. Jeśli myślę o kraju, do którego mogłabym wyjechać kiedyś na stałe to właśnie słoneczna Italia. Kiedyś nawet uczyłam się włoskiego, ale niestety była to krótka przygoda, do której cały czas chciałabym wrócić. W każdym razie prócz włoskich lodów (ale tych prawdziwych, a nie z maszyny) nie pogardzę też książką, której akcja ma miejsce właśnie we Włoszech. Opis powieści, o której chcę dzisiaj Wam powiedzieć, dość mocno zachęca, aby zapoznać się z jej treścią. Wskazuje na trochę romansu i trochę kryminału, w których ostatnio bardzo się lubuję. Nic, tylko czytać.

    Lavinia Monetti jest niewidomą policjantką, lecz choć w dzień pomaga przy tropieniu przestępców, to co noc do jej mieszkania przychodzi nieproszony nieznajomy, który prócz obserwowania bohaterki nie robi nic więcej. Pewnego dnia w pracy Lavinia odbiera telefon, a rozmówca informuje ją o zaginięciu dwóch osób z rodziny Challeri. Problem w tym, że głos ze słuchawki wydaje się znajomy…

    Mam ogromny problem z tą książką. Ale od początku. Co mi się podobało? Przede wszystkim pomysł, by główna bohaterka była niewidoma i wyszczególnienie faktu, że w związku z tym ma bardzo dobrze rozwinięty zmysł słuchu i dotyku. Ten pomysł wraz z faktem, iż jest ona policjantką otwiera szerokie pole do popisu. Po drugie fakt, że „Ze snu…” pokazuje, że mimo niepełnosprawności można być pełnoprawnym członkiem społeczeństwa i wykonywać zawód użyteczności publicznej. Koniec. Potem już było tylko źle.

    Lavinię co noc odwiedza nieznajomy, który tylko i wyłącznie się w nią wpatruje, nie odzywa się, niczego nie kradnie, nie dotyka jej. Każda normalna osoba byłaby tym przerażona, zamykałaby drzwi, zgłosiłaby to (przypominam, że główna bohaterka jest policjantką!), ale nie ona. Lavinia zaczyna się cieszyć i ekscytować, praktycznie nie mogąc się doczekać tych codziennych wizyt. To nie jest normalne. Zwłaszcza, że gdzieś po drodze pojawiają się jeszcze myśli o stosowaniu wobec niej przemocy. W zasadzie niezdrowa radość odnośnie przemocy występuje kilkukrotnie.

    „Ze snu…” nie miało chyba żadnej, dosłownie żadnej korekty. Nie jestem w tym względzie profesjonalistką, ale skoro takiemu laikowi jak ja, zaczęły przeszkadzać ciągłe błędy i powtórzenia to musi być naprawdę źle. W pewnym momencie przestałam skupiać się na fabule, ponieważ ciągle wychwytywałam pojedyncze słówka albo określenia, które pojawiały się dosłownie co zdanie. Gdybym miała zakreślać te miejsca to połowa tej książeczki byłaby zaznaczona. Rzeczą, która mnie pokonała, była „mimika twarzy”, jakby mimika mogłaby być jeszcze gdzie indziej. Do tego wszystkiego bardzo razi fakt, że Maya M. Lancewicz bardzo mocno podkreśla wszystkie czynności wykonywane przez bohaterów – którą ręką podrapali się po lewej części głowy, na którą stronę biurka prawą ręką położyli dokumenty, czy że bohaterka na swoich ramionach poczuła nacisk, tak jakby mogła go poczuć na ramionach innej osoby. O tym, że synonimy istnieją autorka również zapomina.

    Kompletnie nie rozumiem sensu dwóch wstawek z życia pań Miodownik, które wybrały się na pogrzeb w Warszawie. Nie ma to absolutnie nic wspólnego z pozostałą częścią książki.

    Od jakiegoś czasu zwracam uwagę na to, by książki miały odpowiednią proporcję dialogów do opisów. Niestety, w przypadku „Ze snu…” przeważają głównie opisy, a dialogów jest jak na lekarstwo. Większość fabuły dzieje się w głowach bohaterów, niż w akcji, co sprawia, że licząca ok 150 stron książka momentami się dłuży i brakuje jej dynamiki.

    Bardzo żałuję tego, że „Ze snu…” poszło w tę, a nie inną stronę. Pomysł na to, by policjantka była niewidoma i musiała rozwiązać zagadki kryminalne – świetny. Właśnie te momenty, kiedy akcja działa się wokół rozwiązywania sprawy były najbardziej interesujące. Cała reszta – nie. Nawet kiedy tylko myślę o tym, że główną bohaterkę ekscytowały nocne wizyty jakiegoś faceta, to mną trzęsie. Gdyby tylko Maya M. Lancewicz bardziej skupiła się na wątku Challerich to całość mogłaby być fantastyczna (po odpowiednio zrobionej korekcie, oczywiście).

    „Ze snu…” to niewykorzystany potencjał. Szkoda.

Ocena: 2/10
Liczba stron: 149

#50 Rebeka - Daphne du Maurier

kwietnia 15, 2022

#50 Rebeka - Daphne du Maurier

    Macie takie książki, za które raczej nie chwycilibyście, gdyby nie zmusił Was do tego los? Ja tak, najczęściej są to te związane z plakatem-zdrapką. Tak jakoś wyszło, że większość z tytułów na nim umieszczonych raczej nie była na mojej czytelniczej liście, ale wyszło, jak wyszło. Przynajmniej mogę w pewnym stopniu poszerzyć moje horyzonty czytelnicze, bo chęć zdrapania pola jest ogromna. Stało się też tak, że Rebeka, o której dzisiaj Wam opowiem, została przepięknie wydana w serii butikowej Albatrosa, a jako okładkowa sroka nie mogłam przejść obok tego obojętnie. 

"Jakby to było dobrze - powiedziałam impulsywnie - żeby wynaleziono sposób na przechowywanie wspomnień podobnie jak perfum. Tak, żeby się nie ulatniały i nigdy nie spowszedniały i żeby w dowolnej chwili można było odkorkować butelkę i przeżywać ten moment na nowo."

    Główna bohaterka podróżuje wraz z panią van Hopper jako dama do towarzystwa. Podczas pobytu na Riwierze Francuskiej poznaje pana Maxima de Wintera, zamożnego wdowca. Po bardzo krótkiej znajomości dziewczyna zgadza się za niego wyjść. Po poślubnej podróży małżeństwo przyjeżdża do Manderley, rodzinnej posiadłości pana młodego. Wraz z powrotem do domu główna bohaterka zostaje pozostawiona sama sobie, pan de Winter zmienia się nie do poznania, a w ogromnym majątku można wciąż wyczuć poprzednią żonę Maxima - Rebekę, która rok wcześniej zginęła w tajemniczych okolicznościach. Wszyscy kochali poprzednią żonę pana domu, czy nowa pani de Winter odnajdzie swoje miejsce w Manderley?

    Fabuła książki całkiem mi się podobała, chociaż myślę, że określanie jej jako powieści gotyckiej jest odrobinę nad wyraz. Raczej nie czułam żadnego większego niepokoju związanego z wydarzeniami, które dzieją się na kartach Rebeki. Chociaż przyznaję się, że wraz z rozwojem historii byłam coraz bardziej zaangażowana i wyczekiwałam odkrycia wszystkich tajemnic kryjących się w Manderley. Nie mogę powiedzieć, że domyśliłam się prawdy, a jest ona całkiem zaskakująca. Już pod koniec książki byłam ogromnie zaciekawiona, jak to wszystko się skończy i czy zostaną domknięte wszystkie wątki.

    Trochę wkurzała mnie główna bohaterka. Niestety, nie mogę podać Wam jej imienia, ponieważ żadna z pozostałych postaci nie zwraca się do niej używając go. Denerwowała mnie swoim zachowaniem wiecznej ofiary losu i trochę czekałam, aż zacznie przepraszać wszystkich dookoła za to, że żyje. Nawet swojemu mężowi pozwalała się traktować jak dziecko. Uważam, ze była także trochę niedomyślna, ale zdradzenie Wam dlaczego sprawi, że będę musiała zaspojlerować Wam część fabuły, a bardzo tego nie chcę.

    Rebeka podobała mi się, chociaż liczyłam na odrobinę więcej, niż to, co dostałam. Nie czułam żadnego podskórnego lęku, którego się spodziewałam, ale rozwinięcie fabuły częściowo zrekompensowało mi wszystkie wcześniejsze niedociągnięcia. Warto jest się zapoznać z tą historią, chociażby dlatego, by wyrobić sobie o niej własne zdanie, bo wiem, że są fani książki Daphne du Maurier.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 448

Kirke | Pieśń o Achillesie | Rebeka | Moja kuzynka Rachela | Trzynasta opowieść | Była sobie rzeka | Czarne skrzydła czasu | Syrena i pani Hancock | Milczący zamek | Oberża na pustkowiu | Cztery muzy | Zapomniany ogród

#49 Kirke - Madeline Miller

kwietnia 12, 2022

#49 Kirke - Madeline Miller

    Zawsze lubiłam mitologię, w pewnym momencie dzieciństwa wyciągałam z szafek stare podręczniki do lekcji języka polskiego i wyszukiwałam fragmenty mitów greków i rzymian. Później, kiedy mój czytelniczy horyzont się powiększył z chęcią sięgałam po książki, które zawierały w sobie jakieś elementy mitologii lub były retellingami o bogach i bożkach. Nie inaczej jest dzisiaj, jeśli jakaś powieść ma chociaż fragment związany z mitologią, prawie natychmiast mam ochotę ją przeczytać. A jak ma piękną okładkę (przyznaję, że jestem okładkową sroką) to sięgam po nią z jeszcze większą ochotą.

"Nic to pustka, a powietrze to coś, co wypełnia wszystko inne. Jest tchnieniem, życiem, duchem, słowami, które wypowiadamy."
    O Kirke słyszałam na którymś z książkowych kanałów na YouTube, ale - niestety - dość długo odwlekałam jej lekturę, ponieważ dowiedziałam się, że raczej niewiele w niej akcji samej w sobie, raczej historia płynie wolno. Muszę się z tym zgodzić, w Kirke nie znalazłam pościgów i wybuchów, chociaż niejednokrotnie pojawiał się w fabule element wojny i podbojów.

    Książka Madeline Miller opowiada o córce boskiego Heliosa i nimfy Perseis, Kirke. Od dziecka była ona odrzucana przez wszystkich, mówiono o niej, że jest głupia, naiwna, brzydka, ma skrzekliwy głos... Kiedy odkrywa w sobie czarodziejskie moce zostaje wygnana na wyspę Ajai, gdzie doskonali swoje umiejętności i przechodzi powolną, ale ogromną przemianę. 

    Początek tej opowieści bardzo mnie nużył. Dlaczego? Bo sama Kirke strasznie mnie denerwowała. Ciągle była przez wszystkich kopana i opluwana, a do tego wszystkiego nie potrafiła się obronić i praktycznie przepraszała wszystkich za to, że żyje. Interesująco zaczęło się robić wraz z wprowadzeniem do historii Glaukosa, ale gdybym napisała na ten temat coś więcej to zdradziłabym Wam za dużo szczegółów z książki. W każdym razie od tego momentu historia trochę się rozkręciła i czytało się ją znacznie przyjemniej. No i główna bohaterka stała się mniej irytująca.

    Język w Kirke jest prosty, raczej nie ma powodów do obaw przed trudnymi słowami, żywcem wyrwanymi z Iliady czy Odysei, co trochę mnie zdziwiło. Z jakiegoś powodu z mojej głowie nie było możliwości napisania tego typu historii w sposób lekki i jasny. Brawa dla Madeline Miller za zmienienie mojego zdania. 

    Jeśli lubicie mitologię to na pewno polubicie historię o Kirke. Cieszy mnie, że autorka wybrała mniej znaną postać z mitologii greckiej, bo Ateny, Afrodyty, Zeusa czy Podejdona jest wszędzie pełno, a o córce Heliosa i Perseis raczej rzadko się słyszy. Była to przyjemna i ciekawa lektura, chociaż tak jak wspominałam wcześniej, fabuła jest z tych wolniej płynących. Polecam.

Ocena: 7/10
Liczba stron: 416

Kirke | Pieśń o Achillesie | Rebeka | Moja kuzynka Rachela | Trzynasta opowieść | Była sobie rzeka | Czarne skrzydła czasu | Syrena i pani Hancock | Milczący zamek | Oberża na pustkowiu | Cztery muzy | Zapomniany ogród

#48 Milczący zamek - Kate Morton

kwietnia 08, 2022

#48 Milczący zamek - Kate Morton

    Lubię książki jednotomowe. Co prawda mam wrażenie, że rzadko je czytam i faworyzuję serie (zwłaszcza fantastyczne), ale lubię. Prawdopodobnie za tę książkę nie chwyciłabym tak szybko, gdyby nie dwie rzeczy: pierwsza - mój marcowy maraton z serią butikową, a druga to to piękne wydanie. Powtarzam to chyba przy każdej książce z serii butikowej, ale grafik, który projektował te obwoluty powinien dostać premię - one są piękne! Ale do brzegu. Zaczęłam, skończyłam. Czy mi się podobało? Musicie czytać dalej, żeby się dowiedzieć.

"-Potrafią sprawiać niespodzianki ci nasi rodzice, prawda? W głowie się nie mieści, co oni wyczyniali, zanim przyszliśmy na świat. - Tak - oparłam. - Zupełnie jakby byli kiedyś prawdziwymi ludźmi."

    Mama głównej bohaterki otrzymuje list, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że data jego nadania jest sprzed pięćdziesięciu lat. Edith Burchill, młoda redaktorka, wracając ze służbowego spotkania przez przypadek trafia do miasteczka, w którym mieści się Zamek Milderhurst, z którego przyszedł list. Podczas wycieczki poznaje trzy siostry Blythe - Percy, Saffy oraz Juniper, córki Raymonda Blythe'a, autora książki Człowiek z błota, w której jako dziecko zaczytywała się Eddie. Zamek, powoli popadający w ruinę, kryje w sobie tajemnicę, którą od pół wieku ukrywają siostry Blythe. Czy Edith odkryje, co czai się w mroku Zamku Milderhurst?  

    Och, ta książka spodobała mi się w zasadzie od początku. Nie wiem, jak to opisać, ale od pierwszych stron czułam coś w rodzaju letniego upału i obietnicę ochłody w murach zamku. Klimat tej powieści dosłownie wylewa się z jej kart. Z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem miałam ochotę na więcej. Gdzieś w tle pojawia się tajemnica, a w zasadzie nie jedna, którą chcemy odkryć i powoli to robimy. 

    Fabułę poznajemy z kilku perspektyw, dodatkowo jest ona też podzielona na osobne linie czasowe, co pozwala czytelnikowi na dowiedzenie się wszystkiego zarówno z przeszłości jak i teraźniejszości. A jest tego dużo. Ilekroć myślałam, że już coś wiem, już się czegoś domyśliłam to autorka wytrącała mi wszystkie karty z ręki i kompletnie się tym nie przejmowała. Bardzo mi się to podobało. Nie udało jej się to tylko raz, kiedy domyśliłam się, mimo próby zmylenia mnie przez Kate Morton, w kim jedna z bohaterek ulokowała swoje uczucia. Ale nie powiem Wam która! Sami musicie przeczytać. Jeśli zaczniecie czytać tę książkę to zapomnijcie o tym, że zgadniecie, jaki będzie jej finał. Gwarantuję, że autorka wywinie Wam niezły numer.

    Kate Morton dość sprawnie manipulowała moimi uczuciami do bohaterów. Raz sprawiała, że kogoś lubiła, potem robiła tak, żebym przestała, po czym tak zamieszała, że jednak lubiłam. Już dawno nie zdarzyło się, żeby ktoś tak mnie wodził za nos. Brawo Kate. Każda z bohaterek ma swoje plusy i minusy, a co więcej, każda z nich jest kompletnie inna i wyjątkowa. Cieszy mnie to, bo bywa tak, że nie da się różnych postaci od siebie odróżnić. W przypadku Milczącego zamku nie można tego powiedzieć. 

    Milczący zamek jest połączeniem kilku gatunków - romansu, fantasy (ale tylko trochę), thrillera i kryminału. Ta mieszanka jest zrobiona i podana w fantastyczny sposób, który nie pozwala się oderwać. Za każdym razem, kiedy odkładałam Milczący zamek, to zastanawiałam się, co się tam jeszcze wydarzy. Polecam gorąco!

Ocena: 7/10
Liczba stron: 560 

Kirke | Pieśń o Achillesie | Rebeka | Moja kuzynka Rachela | Trzynasta opowieść | Była sobie rzeka | Czarne skrzydła czasu | Syrena i pani Hancock | Milczący zamek | Oberża na pustkowiu | Cztery muzy | Zapomniany ogród

 

PS. W związku z aktualną sytuacją geopolityczną można przesunąć termin czytania tej książki o jakiś czas. W fabule bardzo dużo jest nawiązań do drugiej wojny światowej i spadających bomb, więc jeśli ktoś nie jest w stanie oddzielić fikcji od rzeczywistości to polecam wstrzymać się na chwilę. 

#43 Pod kluczem - Ruth Ware

września 15, 2021

#43 Pod kluczem - Ruth Ware

    Od niedawna na moją półkę trafiają coraz częściej kryminały, co pociągnęło za sobą taką rzecz, że zaczęłam otwierać się również na inny gatunek, czyli thriller. Niewiele ich w życiu przeczytałam i byłam całkiem ciekawa, jak będę odbierać tego typu książki. Gdzieś kilkakrotnie przewinęła mi się okładka książki Ruth Ware połączona z pozytywną opinią. Stwierdziłam, że warto spróbować i przeczytałam.

"Ale każdy może sobie ponarzekać, prawda? Wszyscy muszą znaleźć jakieś ujście, bo inaczej można wybuchnąć z frustracji."

    Rowan jest nianią niezadowoloną ze swojego obecnego zatrudnienia. Po zobaczeniu (przez zupełny przypadek) fantastycznej oferty zatrudnienia jako opiekunka w domu państwa Elincourtów bez zastanowienia wysyła CV i udaje się na rozmowę kwalifikacyjną. Pracę dostaje i zamieszkuje w bardzo oddalonym od miasta wiktoriańskim domu. Jej praca polega na opiece nad trzema córkami Elincourtów... Problem w tym, że już od pierwszych chwil zostaje z nimi sama, a dziewczynki... nie pałają do niej wielką sympatią. 

    Bardzo szybko wciągnęłam się w tę książkę. Została napisana z perspektywy Rowan, co pozwoliło mi przeżywać wszystkie wydarzenia razem z nią i wczuć się w jej położenie. Chociaż sprawiło to też, że średnio ją polubiłam, ponieważ momentami jest strasznie marudna i niezadowolona z życia (powody takiego zachowania są później wyjaśnione). W każdym razie wszystko to, co spotykało Rowan częściowo spotykało również mnie.

    Autorka w bardzo umiejętny sposób sprawiała, że razem z główną bohaterką czułam napięcie i klimat panujący w domu Elincourtów. Problem w tym, że Rowan działo się coś noc w noc i dzień w dzień. W pewnym momencie miałam takie poczucie, że gdyby Ruth Ware rozciągnęła te wydarzenia w czasie, osiągnęła by dwa razy lepszy efekt. Gdyby Rowan miała przerwy w dziwnych incydentach i zdarzały się one rzadziej to jako czytelniczka nie miałabym poczucia "meh, znowu", tylko "O MÓJ BOŻE, CO TU SIĘ WYRABIA". Ale tak jak mówię, nie mam większego doświadczenia w czytaniu thrillerów, więc zakładam, że taki miał być efekt.

    Rozwiązanie zagadki jest ciekawe, nie podejrzewałabym, że za całą akcją stoi akurat ta osoba. Samo zakończenie jest tajemnicze i sprawia, że wyobraźnia czytelnika ma pole do popisu.

    Z Ruth Ware rozpoczęłam moją przygodę z thrillerami. Spodobało mi się to tak bardzo, że prawdopodobnie będzie to długa przygoda. Jestem pewna, że sięgnę po inne jej książki. A "Pod kluczem" bardzo polecam!


Ocena: 7/10
Liczba stron: 416

#41 Franek i Finka. Cyrk martwych makabresek - Aneta Jadowska

sierpnia 30, 2021

#41 Franek i Finka. Cyrk martwych makabresek - Aneta Jadowska

    Do zeszłego roku nie sądziłam, że będę się zaczytywała w książkach jakiegokolwiek polskiego autora. I wtedy weszła Aneta Jadowska cała na biało. Zaczęłam od Trupa na plaży, a skończyło się na tym, że w dwa miesiące za mną była też seria o Dorze Wilk, o Nikicie, o Witkacym i wszystkie dodatkowe, które związane były z Thornverse. Nie wspominam już o tym, że jak pojawiła się informacja o zbiorze opowiadań "Cud, miód, Malina" to z niecierpliwością czekałam na premierę. W tym roku swoją premierę miała pierwsza część serii Franek i Finka skierowanej do dzieci, czyli Cyrk martwych makabresek. Cóż, nie mogłam przejść obok tej książki obojętnie.

"- Tak sobie myślę... - zaczął i natychmiast się zaciął.
- To zwykle bardzo dobry początek. Za mało ludzi myśli, gdybyś mnie pytał - stwierdził dziadek."

    Pozwolę sobie wykorzystać opis książki, który przedstawi clue historii i nie zdradzi Wam za dużo z fabuły:

"Zbliżają się wakacje, a Franek i Finka mają je spędzić w cyrku ekscentrycznego dziadka, który potrafi czarować i wygląda jak skrzyżowanie Świętego Mikołaja z Willym Wonką. Tata bliźniaków uważa, że cyrkowy świat magii nie jest właściwym miejscem dla dzieci. Przez zaklęcia Franek i Finka nie pamiętają wizyt dziadka ani prezentu urodzinowego w postaci smoka, ale… to już wkrótce się zmieni. Rodzeństwo odkrywa swoje niezwykłe zdolności i poznaje istoty, o których czytało tylko w książkach. Ale czy talent do magii pozwoli im uratować umierającą mamę?"

    To była naprawdę świetna lektura i wyśmienicie się przy niej bawiłam. Nieczęsto sięgam po literaturę dziecięcą, ale po tylu przeczytanych książkach Jadowskiej i po wielu przeczytanych pozytywnych recenzjach, nie mogłam się powstrzymać. Autorka po raz kolejny sięgnęła po motyw świata, do którego nie może przedostać się zwykły śmiertelnik, w związku z czym, aby dostać się do Cyrku Jutrzenka Baltazara Bączka należy przejść przez Bramę. Generalnie jest to fajny zabieg, który pozwala nam wierzyć, że gdzieś tam za zasłoną kryje się magiczny świat.

    Bohaterowie - bomba. Franek i Finka są fantastyczni, chociaż finka rządzi! Ale myślę, że w następnych tomach Franek też pokaże na co go stać. Myślę też, że Baltazar Bączek jest takim dziadkiem, jakiego chciałby każdy z nas. Pomysłowy, przyjazny, inteligentny, no i ma swój własny cyrk! Przez książkę przewijają się także inni bohaterowie, nie wszyscy pozytywni, ale gwarantuję Wam, że cyrkowców Jutrzenki chcielibyście poznać osobiście. Fajne jest również to, że dzieci w Cyrku martwych makabresek nie są małymi przygłupami, tylko oryginalnymi i wyjątkowymi postaciami.

    Książka porusza wiele różnych tematów. W tym trudnych, jak choroba mamy czy społecznych, jak fakt, że w cyrkach wykorzystywane są żywe zwierzęta, które niekoniecznie mają ochotę występować na scenie i są do tego zmuszane. 

    Jeśli dotychczas nie przeczytaliście Cyrku martwych makabresek to gorąco Was do tego zachęcam. Bawiłam się przednio i już teraz wiem, że trafi do moich ulubieńców tego roku. Następne książki z tego cyklu biorę w ciemno i się nie zastanawiam. Nie mogę się doczekać, aż autorka wypuści kolejną część z przygodami Franka i Finki. Polecam z całego serca!

Ocena: 8/10
Liczba stron: 368
Cykl: Franek i Finka

Cyrk martwych makabresek |

#39 Miasto z mgły - Carlos Ruiz Zafón

sierpnia 25, 2021

#39 Miasto z mgły - Carlos Ruiz Zafón

    To już jest koniec. Tetralogia Cmentarza Zapomnianych Książek została zamknięta definitywnie. Bardzo dawno nie kupiłam żadnej książki przed jej premierą. Na lekturę tej nie potrafiłam się doczekać.
 
"Porzekadło głosi, że człowiek powinien iść, póki ma siłę w nogach, mówić, póki staje mu głosu, i marzyć, póki jeszcze tkwią w nim resztki niewinności, bo i tak wcześniej czy później nie będzie już mógł ustać o własnych siłach, oddechu mu całkiem zabraknie, a marzyć będzie jeno o wiecznej nocy zapomnienia."
    Jest to zbiór jedenastu opowiadań, krótszych i dłuższych. W niektórych poznajemy zupełnie nowych bohaterów, w innych wracamy do doskonale nam znanej rodziny Sempere. Opowiadania zawierają w sobie różnorakie historie, między innymi tę, jak powstał Cmentarz Zapomnianych Książek czy ukłon w stronę mistrza Zafóna, czyli Miguela de Cervantesa. Większość z nich nigdy wcześniej nie były publikowane, z wyjątkiem opowiadania "Książę Parnasu", które zostało wydane jako dodatek do trzeciej części tetralogii.

    Tę książkę cechuje to, że jednocześnie chce się ją przeczytać i nie chce się dotrzeć do ostatniej kartki. Miasto z mgły jest, i mówię to z ogromnym żalem, pożegnaniem Zafóna z czytelnikami. Przy przewracaniu stron mamy świadomość, że spod jego pióra nic więcej już nie wyjdzie. Każde z opowiadań mogło być całkiem nową, rozbudowaną historią, niestety nie ma już na to szans. Cieszę się, że ujrzały one światło dzienne, chociażby w tej krótkiej formie. Pokazują one ogromny talent autora i po raz kolejny ujawniają jego umiejętność żonglowania słowem.

    Polecam zapoznać się z tym zbiorem opowiadań każdemu, kto ma za sobą lekturę czterech tomów Cmentarza Zapomnianych Książek i tęskni za stylem autora. Osobom, które nie miały styczności z książkami Zafóna najpierw radzę zagłębić się w Barcelonę, którą opisuje i zakochać się w niej tak, jak ja.

Ocena: 7/10
Liczba stron: 224

Cień wiatru | Gra aniołaWięzień nieba | Labirynt duchów | Miasto z mgły

#36 Co nas nie zabije - David Lagercrantz

sierpnia 15, 2021

#36 Co nas nie zabije - David Lagercrantz

    Stieg Larsson zmarł przed wydaniem pierwszego tomu trylogii Millennium. Dalsze trzy części zostały napisane przez Davida Lagercrantz'a na podstawie pozostawionych przez Larssona notatek. Nigdy nie byłam zwolenniczką dopisywania kolejnych części przez inne osoby, bardzo kojarzy mi się to z fan fiction, które kiedyś były bardzo popularne w sieci. No ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I chociaż części napisane przez Larssona stanowiły zamkniętą całość to byłam ciekawa, jak jeszcze może się potoczyć historia Lisbeth i Mikaela.
 

 "Człowieka wyróżnia to, że jest pełen przeciwieństw. Tęsknimy za domem, a jednocześnie za tym, żeby się z niego wyrwać."

    Mikael Blomkvist przechodzi kryzys zawodowy i rozważa porzucenie redakcji, którą wspólnie z Eriką Berger, Lisbeth Salander wplątuje się w aferę związaną z kradzieżą danych oraz włamaniami do systemów służb USA. Chociaż oboje od dawna nie mają ze sobą kontaktu, ich drogi ponownie łączą się, kiedy Mikael zostaje poproszony przez profesora Baldera, eksperta od sztucznej inteligencji, o pomoc.

    Czuć, że to nie jest to samo. Bohaterowie z jednej strony mają cechy Lisbeth i Mikaela, a z drugiej strony nie są to Lisbeth i Mikael Larssona. Po prostu nie. Myślę, że osoby, które przeczytają tę książkę zgodzą się ze mną w tej kwestii. Nie jest źle, ale czegoś tu zabrakło. Może gdyby Lagercrantz mógł bohaterów stworzyć od zera wyszłoby to znacznie lepiej.

    Intryga stworzona przez Lagercrantz'a była całkiem niezła. W poprzednich częściach elektronika dopiero raczkowała, chociaż można było zrobić przenośne punkty połączenia z internetem czy włamać się na czyjeś konto na drugim końcu świata. W Co nas nie zabije Lagercrantz wchodzi już na wyższy poziom, fabuła zahacza o sztuczną inteligencję i konsekwencje z nią związane. Podobało mi się, że kluczem do rozwiązania zagadki morderstwa jest dziecko, ale nie zwykłe dziecko, tylko sawant z umiejętnościami zarówno matematycznymi jak i plastycznymi. 

    Oprócz samej afery związanej z hakerstwem i morderstwem autor porusza także inne tematy. Między innymi jest to wątek przemocy domowej, niepełnosprawności, niespełnionych zawodowych pragnień i ambicji. Nie jest to płaska książka, która skupia się na jednym tylko wątku. Lagercrantz, tak jak Larsson, wplata do swojej książki różne rzeczy, które umiejętnie ze sobą łączy i tworzy jedną całość.

    Było fajnie, ale bez szału. Patrząc na opinie i oceny na portalach literackich nie jestem odosobniona w swoim zdaniu. Ta książka jest poprawna. Po prostu nie jest to dzieło Larssona. Przeczytam ostatnie dwa tomy, ale średnio mi się do nich śpieszy.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 504
Cykl: Millennium

Co nas nie zabije | Mężczyzna, który gonił swój cień | Ta, która musi umrzeć
 
PS. Po przeczytaniu książki chciałam obejrzeć film. Nie dotrwałam do końca, co za gniot. Większość rzeczy kompletnie nie zgadza się z fabułą książki, aktorka grająca Lisbeth Salander kompletnie nie pasuje do tej roli. Dramat, dramat! Nie oglądajcie tego, szkoda czasu.
#28 Labirynt duchów - Carlor Ruiz Zafón

lipca 20, 2021

#28 Labirynt duchów - Carlor Ruiz Zafón

    Moja przygoda z cyklem Cmentarz Zapomnianych Książek zaczęła się całkiem niedawno, bo w grudniu 2020 roku. Z przeczytaniem pierwszego tomu zwlekałam jakieś dziesięć lat (co powtarzam chyba w każdej mojej opinii). W czerwcu 2021 przeczytałam ostatni tom, czyli Labirynt duchów (Miasto z mgły jest to zbiór opowiadań) i czuję, jakbym traciła przyjaciela.

"Opowieść nie ma początku ani końca, ma tylko prowadzące do niej drzwi. Opowieść to niekończący się labirynt słów, obrazów i duchów przywołanych po to, żeby wyjawić nam ukrytą prawdę o nas samych. Opowieść to w ostatecznym rozrachunku rozmowa tego, kto ją pisze, z tym, kto ją czyta, ale narrator może powiedzieć tylko tyle, na ile pozwoli mu warsztat, a czytelnik wyczytać tylko tyle, ile sam ma zapisane w duszy. "

    Główną bohaterką Labiryntu duchów jest Alicja Gris. Agentka, której zadaniem jest rozwiązanie zagadki zniknięcia ministra kultury Mauricio Vallsa (którego znamy z poprzedniego tomu CZK). Po nitce do kłębka szuka odpowiedzi i jednocześnie odkrywa szczegóły historii sprzed lat, w tym dotyczących tych dotyczących rodziny Sempere. 

    W ostatnim tomie tetralogii dostajemy wszystkie odpowiedzi na pytania, które zadawaliśmy przy poprzednich tomach. Ale pojawia się też wiele nowych, sieć zagadek i tajemnic została utkana wyśmienicie. Czytelnik, razem z główną bohaterką, krok po kroku przemierza ulice Barcelony, aby odkryć odpowiedzi.

    No właśnie, główną bohaterką. W poprzednich trzech tomach główną rolę grali mężczyźni, lecz teraz dostała się w ręce kobiety. I to nie byle jakiej. Inteligentnej, silnej, zabawnej, mądrej i przenikliwej, pod wieloma względami wielowymiarowej. Bardzo podobała mi się jej kreacja. Cieszę się, że nie była tylko tłem dla męskiej części, ale brała aktywny udział w opisywanych wydarzeniach, a co więcej - przywodziła im.

    Powtórzę się, ale myślę, że trzeba to podkreślać. Zafón stworzył naprawdę świetnych bohaterów. Rodzina Sempere to mistrzostwo, a Fermin Romero de Torres - mistrzostwo nad mistrzostwami. Tych bohaterów po prostu nie da się nie kochać i wątpię, by komukolwiek udało się jeszcze kiedykolwiek stworzyć postacie, które chociaż trochę dorastałyby im do pięt.

    Tak, jak pisałam w którejś z poprzednich opinii na temat cyklu Zafóna - jest to mieszanina różnych gatunków literackich. Na kartach Labiryntu duchów pojawia się romans, fantasy, kryminał, literatura wojenna, obyczajówka... Na dobrą sprawę nie da się całkowicie określić, do której szufladki Labirynt duchów wsadzić.

    Jest mi straszliwie żal, że Zafóna już z nami nie ma i chociaż do przeczytania z jego twórczości zostało mi jeszcze pięć książek, to czuję, że mógł czytelników uraczyć jeszcze wieloma dobrymi historiami. Niestety, nie będzie nam to dane. Książki z cyklu o Cmentarzu Zapomnianych Książek stoją na mojej półce na honorowym miejscu. Jestem pewna, że sięgnę po nie w przyszłości jeszcze wielokrotnie, aby znów zanurzyć się w świecie wykreowanym przez Zafóna i odkryć szczegóły, które mi teraz umknęły, a które mogą sprawić, że ta opowieść będzie jeszcze pełniejsza i piękniejsza.
Z całego serca polecam.


Ocena: 8/10
Liczba stron: 896

Cień wiatru | Gra aniołaWięzień nieba | Labirynt duchów | Miasto z mgły

#23 Złodziejka książek - Markus Zusak

czerwca 29, 2021

#23 Złodziejka książek - Markus Zusak

     O Złodziejce książek słyszałam już dawno temu, praktycznie zawsze zachwyty. Ale nigdy za nią nie chwyciłam, bo jakoś tematyka wojenna to nie jest moja ulubiona dziedzina. Ta pozycja również znajduje się na plakacie-zdrapce i muszę przyznać, że nawet się ucieszyłam, kiedy maszyna losująca wskazała mi ją jako następną do lektury. Wypożyczyłam ją z biblioteki przystąpiłam do czytania. I jak jej narrator, Śmierć, zdradzę Wam zaraz na początku coś bardzo ważnego. Podobała mi się.
 
"Żeby żyć.
Bo życie warte jest życia.
Choćby ceną była wina i wstyd."
    Główną bohaterką jest Liesel Meminger, dziewczynka, którą matka oddaje w ręce obcych ludzi, aby wychowywali ją i traktowali jak swoje dziecko, ze względu na to, że ta nie miała możliwości się nią zająć. Liesel w zasadzie jest zwykłą dziewczynką, której przyszło żyć w czasach, kiedy u władzy stał Hitler, a Żydzi musieli się ukrywać. Jednakże nasza główna bohaterka ma pewną cechę, a mianowicie jest Złodziejką książek. Pierwszą z nich ukradła, jeszcze zanim nauczyła się czytać.

    Jedną z pierwszych rzeczy, jakie słyszę o tej książce jest to, że fantastycznym pomysłem było zrobienie Śmierci z narratora i w pełni się z tym zgadzam. Nie słyszałam o innej książce, która miałaby tak samo. Śmierć jest przedstawiany jako zapracowana postać, która jest tylko elementem w skomplikowanej machinie, jakim jest świat. Śmierć opowiada historię życia Liesel i czasem wybiega dość mocno do przodu zdradzając nam, co się zdarzy później, ale czasami do samego końca mamy nadzieję, że tylko żartował.

    Podczas lektury odczuwałam całą gamę emocji. Smutek, radość, wkurzenie, szok, zdenerwowanie, nadzieję i ciekawość, jak skończy się historia Liesel. Bohaterowie są wykreowani ciekawie, każde z nich ma swoje indywidualne cechy, które wyróżniają go spośród reszty i swoją historię. 

    Oprócz historii Liesel na kartach Złodziejki książek znajdziemy również "ciekawostki" z życia zawodowego Śmierci oraz kilka ilustracji. Te rzeczy sprawiają, że mimo w miarę ciężkiej tematyki książki nie jesteśmy nią znużeni ani się nie meczymy, tylko lecimy przez fabułę z prędkością światła. Chociaż akcja powieści dzieje się podczas dochodzenia Hitlera do władzy i II wojny światowej to dzieje się to wszystko gdzieś obok, a jednocześnie stoi w progu. Jeśli jest osoba, która obawia się przytłoczenia przez historyczne fakty to nie ma się czym martwić. 

    Jakiś czas temu obiecałam sobie, że będę miała na swoim regale tylko takie książki, do których chciałabym za kilka lat wrócić, albo które chciałabym, żeby moje potencjalne dziecko przeczytało. To jest właśnie jedna z takich książek, piękna, wzruszająca i mądra. Polecam ją każdemu i nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam z jej przeczytaniem.

Ocena: 8/10
Liczba stron: 496

#22 Dziwne losy Jane Eyre - Charlotte Brontë

czerwca 26, 2021

#22 Dziwne losy Jane Eyre - Charlotte Brontë

    Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeczytałam książkę zaliczaną do klasyki romansu. Prawdopodobnie było to gdzieś w roku 2012, ale nie dam sobie ręki uciąć. W każdym razie zabrałam się za nią po tym, jak na fali był Zmierzch i jego główna bohaterka Bella ciągle wspominała o Wichrowych wzgórza, Dziwnych losach Jane Eyre czy Dumie i uprzedzeniu. W związku z tym Dziwne losy Jane Eyre były na mojej półce mniej więcej od tego czasu i tak sobie leżały na stosie hańby bez większej nadziei na przeczytanie, aż w moim domu pojawił się plakat-zdrapka, który niejako zmusił mnie do lektury.

"Siadłam i spróbowałam czytać. Nie mogłam jednak doczytać się sensu; moje własne myśli stawały pomiędzy mną a stronicami, w których zawsze znajdowałam tyle uroku."

    Fabuła opowiada losy tytułowej Jane Eyre, początkowo niechcianego-dziecka sieroty, niezbyt dobrze traktowanego w domu ciotki, a następnie młodej kobiety, przyjętej do pracy w charakterze nauczycielki w domu Edwarda Rochestera, z którym niedługo potem łączy ją ogromne uczucie. Jednak pan domu ukrywa pewną tajemnicę. Jak wpłynie ona na dalsze losy Jane Eyre?

    Czy losy Jane Eyre są dziwne? Ciężko stwierdzić, na pewno bardzo smutne i momentami ciężkie. Śmierć rodziców, kiepskie traktowanie w rodzinie, która ją przygarnęła, przebywanie w sierocińcu... Dużo jak na dziecko, jednakże wyszła z tego obronną ręką, z pewnością można stwierdzić, że jest ona silną bohaterką, potrafiącą się odnaleźć w każdej sytuacji, samodzielną i raczej nieużalającą się nad sobą, chociaż miałam wrażenie, że odrobinę naiwną.

    Długo czytałam tę książkę. Początek odrobinę mi się dłużył, ciężko było mi się wgryźć w fabułę, ponieważ język nie należy do tych prostych i przyjemnych. Jednak po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do niego i było łatwiej płynąć przez fabułę i historię Jane.Ale nie czarujmy się, w klasyce romansu wszystkie uczucia rozkwitają wolno i raczej nie ma co liczyć na szybkie rozwinięcie głównego wątku. Więc jeśli ktoś spodziewa się wartkiej akcji niczym w harlequinie to się rozczaruje. 

    Niestety ominęło mnie zaskoczenie związane z ujawnieniem wielkiej tajemnicy pana Rochestera, ponieważ kiedyś w jakiejś książce bez ostrzeżenia zostałam poczęstowana spojlerem, który pamiętam do teraz. Minus jest taki, że niestety nie pamiętam tytułu tamtej książki i nie mogę ostrzec Was przed nią. Jednakże myślę, że gdybym nie wiedziała to ten zwrot akcji byłby naprawdę szokujący. Takich plot twistów jest jeszcze kilka, chociaż można się ich domyślić.

    Nie ma co ukrywać, że Dziwne losy Jane Eyre są zupełnie inne od książek, które wydawane są współcześnie. Myślę, że niektóre zachowania bohaterów czy sytuacje nie miałyby prawa wydarzyć się w obecnym świecie. Przykładowo ja nie zniosłabym przebywania u obcych ludzi na ich koszt przez choćby kilka dni, a co dopiero dłuższy czas. Cóż, inne czasy, inni ludzie.

    Cieszę się, że mam lekturę tej powieści już za sobą i z głowy. Jednak ten czas kiedy przeleżała na półce był bardzo długi, a tak jak już wspominałam - prawdopodobnie byłby jeszcze dłuższy. Warto przeczytać, żeby poznać opowieść, przy której rumieniły się panny na wydaniu dwieście lat temu, a także po to, żeby sprawdzić, czy w tamtych czasach mężczyzna był kobietom do czegokolwiek potrzebny.

Ocena: 6/10
Liczba stron: 560

#21 Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? - Justyna Kopińska

czerwca 20, 2021

#21 Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? - Justyna Kopińska

Poniższa opinia może zawierać spoilery, chociaż ciężko mi stwierdzić, czy można zaspoilerować historie, które wydarzyły się naprawdę.

~~~
 
    Nie czytam często reportaży. O wiele bardziej wolę fantastykę i wymyślone światy, do których można się przenieść i na chwilę uciec od otaczającej rzeczywistości, ale ostatnio stwierdziłam, że chcę poszerzyć swoje horyzonty i dowiedzieć się, co dzieje się wokół mnie, w realnym życiu. O reportażach Justyny Kopińskiej już słyszałam, a dodatkowo zostały mi one ostatnio polecone, więc chwyciłam za ten, o którym wiedziałam już wcześniej.

"Historia krzywd wyrządzanych tym, których kochamy lub powinniśmy kochać, jest długa."

    Reportaż Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? opowiada historię dzieci przebywających w Specjalnym Ośrodku Wychowawczym w Zabrzu, prowadzonym przez siostry boromeuszki. W ośrodku średnio mieszkało około 60 wychowanków, w różnym wieku, od bardzo małych ok. dwuletnich do dorosłych, liczących sobie nawet trzydzieści cztery lata. Były to osoby zarówno zdrowe, jak i również niepełnosprawne. 

"Prawda może być naprawdę przykra, ale to do nas należy znalezienie odpowiedzi."

    Ciężko czyta się ten reportaż. Bardzo ciężko. Na początku książki jest wzmianka o tym, że nie każdy będzie w stanie przeczytać go do końca i bardzo się z tym stwierdzeniem zgadzam. Już na samym początku czytania stwierdziłam, że nie będę mogła kontynuować lektury, ponieważ zaczynam się obawiać o los moich przyszłych hipotetycznych dzieci i że po skończeniu książki prawdopodobnie będę miała w planie nie wypuszczać ich z domu, żeby nie potkała ich żadna krzywda.

    Aby przeczytać Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie? trzeba umieć "wyłączyć" emocje. Nie jest to reportaż dla osób bardzo emocjonalnych i empatycznych, ponieważ ogrom opisywanego okrucieństwa wobec dzieci jest bardzo przytłaczający.

"Czujesz tak ogromny lęk, że życie przestaje mieć znaczenie. Całą energię skupiasz a tym, by choć jeden dzień spędzić bez bicia i krzyków."

     W opisywanym przez Justynę Kopińską ośrodku dzieci były bite, molestowane, gwałcone, wyzywane, krzyczano na nie, nie miały żadnego wsparcia ze strony dorosłych. Wszystkie te praktyki były stosowane za wiedzą i przyzwoleniem sióstr boromeuszek. Nie jestem w stanie opisać mojego oburzenia. Jak jakikolwiek człowiek może pozwalać na to, aby wychowankowie bili, gwałcili i molestowali siebie nawzajem? Jak zakonnica może bić i krzyczeć na dziecko, które na dobrą sprawę nie wie, co zrobiło złego? Jak można zachęcać starszych wychowanków do krzywdzenia innych?

"Tak mówiliśmy na strych z gwiazdą na podłodze. Chłopcy nas tam rozbierali, bili do krwi. Siostry patrzyły. Każdy był bity, ale jeśli kogoś bito wcześniej w domu, to nawet nie myślał, że to coś złego. Co kilkuletnie dziecko może wiedzieć na temat zła?"

    Nie chcę powiedzieć, że u osób świeckich takie rzeczy się nie zdarzają, bo nie o to chodzi. Ale zakonnice i jakiekolwiek inne osoby związane z kościołem powinny dwa razy bardziej być świadome tego, że takie zachowanie jest złe. Ktoś, kto ślubował oddanie Bogu, powinien postępować słusznie, a nie krzywdzić niewinnych.

"Jak wcześniej dotykałem inne dzieci, to niektóre nie pytały, bo już ktoś je dotykał."

    W reportażu przedstawione są rozmowy z byłymi wychowankami Specjalnego Ośrodka Wychowawczego w Zabrzu. Bardzo często wynika z nich, że dzieci, które najpierw były wykorzystywane prze innych potem same wykorzystywały młodszych kolegów i młodsze koleżanki. Czy gdyby nie dotknęło ich molestowanie to sami z ofiar nie przeistoczyliby się w oprawców? Bardzo prawdopodobne.

"Wiosną tego roku siostra Monika została przeniesiona za karę do innej placówki."

    Na wielkie oburzenie zasługuje fakt, że siostra Bernadeta, która prowadziła ośrodek wychowawczy w Zabrzu nie tylko unikała zasądzonej jej kary, ale i różni ludzie wstawiali się za nią, że to nie możliwe, aby takie rzeczy działy się za jej sprawą. Były wysyłane listy do prezydenta Bronisława Komorowskiego o ułaskawienie. Nikt wierzył, jakie piekło odgrywało się za murami ośrodka. Wkurza mnie, chociaż jest to niedostateczne słowo, że osoby odpowiedzialne za to całe cierpienie za karę zostały przeniesione do innego ośrodka albo w najlepszym wypadku dostały dwa lata bezwzględnego więzienia, kiedy za kradzież grozi do pięciu lat więzienia. Ogromne krzywdy zostały "wycenione" na tylko dwa lata. 

"U sióstr jest dużo lepiej niż w rodzinnym domu dziecka. Tam nas bili bez powodu, a teraz dostajemy, jak zasłużymy."

    Całą sprawą prawdopodobnie nie zainteresowano by się, gdyby nie zabójstwo i gwałt popełnione przez byłych wychowanków ośrodka prowadzonego przez boromeuszki. Dopiero wtedy ośrodkiem zainteresowały się władze. Co jest ciekawe, na osoby zajmujące się tą sprawą były wywierane naciski i osoby bardziej dociekliwe były odsuwane od sprawy, aby szambo się nie wylało. Jestem w szoku, że dramat rozgrywał się przez tyle lat i nikt nie pomógł dzieciom, które gdy zmoczyły się w łóżku, musiały wyprać prześcieradło i machać przez całą noc rękami i je suszyć.

    Polecam zapoznać się z tym reportażem. Mnie otworzył oczy jeszcze szerzej.

"Wszyscy wiedzieli, co się tam dzieje. Wiedzieli od lat."

 

Ocena: 7/10
Liczba stron: 240

Tę opinię napisałam na świeżo po lekturze, więc może być odrobinę emocjonalna, chociaż ten problem nigdy nie dotyczył mnie ani nikogo, kogo znam (a przynajmniej nic o tym nie wiem). Ciężko bez emocji czytać ten reportaż i ciężko bez emocji o nim pisać.

#19 Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

czerwca 11, 2021

#19 Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson

    Na początku bałam się spotkania z tą serią, a jednocześnie trochę ekscytowałam wchodzeniem w świat kryminałów. Po każdym tomie robiłam sobie krótką przerwę, żeby dobrze przemyśleć swoje odczucia i nie mieć przesytu historią Lisbeth Salander, Mikaela Blomkvista i reszty bohaterów. Nie były to do końca łatwe przerwy, ponieważ styl Larssona sprawia, że ma się ochotę pochłonąć trylogię Millennium (choć nie wiem, czy trylogia jest tu dobrym określeniem) za jednym razem.
 

"Prawo do swobody wypowiedzi tworzy demokrację, a jego naruszenie oznacza jej koniec."
    Wydarzenia w trzecim tomie są bezpośrednią kontynuacją akcji dziejącej się w części drugiej. Mikael Blomkvist wraz z załogą miesięcznika Millenium, policją oraz firmą ochroniarską starają się wyciągnąć z kłopotów Lisbeth Salander, która nie ułatwia im zadania. Na dodatek natrafiają na ślad głęboko ukrywanej tajemnicy, która może zachwiać podstawami szwedzkiej polityki.

    Dobra to była lektura, dobra. Chociaż przyznaję, że były takie momenty, kiedy się odrobinę zaczynałam się nudzić, zwłaszcza, kiedy był wprowadzany kolejny tymczasowy bohater albo były opisywane zawiłości polityczne, które nie bardzo mnie interesują. Ale były to tylko krótkie momenty, zupełnie nie wpływające na odbiór całości.

    Przez znaczną część fabuły czytelnik jest trzymany w napięciu. Zadaje sobie pytanie, czy uda się wszystko wyprowadzić na prostą, czy jeśli nie będzie takiej możliwości to czy konsekwencje będą duże, jak to się wszystko skończy... No i przede wszystkim jaki będzie los Lisbeth Salander, który stoi pod ogromnym znakiem zapytania. 

    Fabuła obejmuje naprawdę dobrze dobrze wykreowanych bohaterów, świetnie skonstruowaną sieć intryg i powiązań między bohaterami. Przeszłość splata się z teraźniejszością. Przez ostatnie dwieście stron czyta się naprawdę bardzo bardzo szybko, nie można się oderwać. Właśnie wtedy na światło dzienne wychodzą wszystkie najciekawsze wątki i jasny jest dalszy los bohaterów.

   Wiem, że wiele czytelników pisze, że im przykro, że Larsson już niczego nie strworzy (zmarł przed wydaniem pierwszego tomu) i muszę powiedzieć, że podzielam tę opinię, chciałabym dalsze losy bohaterów poznać czytając książki wydane pod jego nazwiskiem, ponieważ średnio jestem przekonana do kontynuacji Davida Lagercranza na podstawie notatek Larssona, no ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Cieszę się, że weszłam w krainę kryminałów i że dane mi było poznać tak fantastyczną serię, jaką jest Millennium. Żeby wymyślić taką historię trzeba mieć naprawdę talent. Jestem pewna, że wrócę kiedyś do książek Stiega Larssona, ponieważ świetnie się bawiłam i jeszcze bardzo długo po skończeniu lektury myślałam o przeżyciach Lisbeth i Mikaela.

Ocena: 8/10
Liczba stron: 784
Seria: Millennium

Co nas nie zabije | Mężczyzna, który gonił swój cień | Ta, która musi umrzeć

#15 Zorza polarna - Phlip Pullman

maja 24, 2021

#15 Zorza polarna - Phlip Pullman

    Pierwszy raz o Zorzy polarnej usłyszałam od swojej siostry, lecz nie o książce, ale o filmie. Bardzo jej się podobał i polecała, żebym obejrzała. Nie wiem, czy wytrwałam pół godziny, chociaż podejścia miałam dwa. Jakiś czas temu usłyszałam, że film powstał na podstawie książki i cóż... urzekły mnie piękne czarno-złote okładki. Stwierdziłam, że może z książkami będzie mi bardziej po drodze niż z filmem i po kilku miesiącach zabrałam się za czytanie.


"Niepokoić się o młodych to obowiązek starych – powiedział Bibliotekarz. – A zadaniem młodych jest lekceważyć niepokój starych."

    Lyra Belacqua jest jedenastoletnią dziewczynką, sierotą. Wraz ze swoim dajmonem mieszka w Kolegium Jordana, gdzie dni upływają jej na zabawach z oksfordzkimi dziećmi, wchodzeniem w różne zakamarki,  których nie powinna być, chodzeniu po dachach i, od czasu do czasu, nauce. Pewnego dnia zakrada się do sali, w której nigdy nie przebywała żadna kobieta i w szafie podsłuchuje rozmowy uczonych o tajemniczym Pyle. Tymczasem dzieci wraz ze swoimi dajmonami zaczynają znikać z całego kraju. Splotem wydarzeń Lyra wyrusza na poszukiwanie zaginionych dzieci.

    Cała książka miała potencjał. Magia, dajmony (stworzenia mogące zmieniać kształt, przybierające postać zwierzęcą), gadający niedźwiedź, zorza polarna, portal do innego wymiaru, zła banda porywająca dzieci, Cyganie... Ale coś nie wyszło. W powieści było bardzo dużo opisów w stosunku do dialogów, a jeśli dialogi już były to średnio ciekawe i nierealne.

    Z bohaterami też coś było nie tak. Począwszy od Lyry, która była ogromnie irytująca, kompletnie nie zachowywała się jak jedenastolatka, czasem wydawałoby się, że lat ma cztery, a czasem sto cztery. W pewnym momencie książki była sytuacja, że inny bohater rozcinał fokę, a u Lyry nie pojawiły się żadne emocje z tym związane, po prostu przyjęła to, jakby codziennie ktoś obrabiał przy niej w ten sposób zwierzę, bez jakiejkolwiek reakcji. Wydaje mi się, że żadna nastolatka się tak nie zachowuje. W dodatku pozwalano jej na wszystko. Chce jechać na niedźwiedziu do jakiejś oddalonej o wiele kilometrów wioski, bo ma przeczucie? Proszę bardzo, jedź, tylko dogoń nas potem. Bohaterowie wykreowania naprawdę nierealnie, chociaż tak jak wcześniej wspominałam, potencjał był.

    Podobały mi się zwroty akcji. Muszę przyznać, że zdarzały się momenty, w których byłam zaskoczona tym, co się stało i dlaczego. Zakończenie też daje nadzieję na ciekawe rozwinięcie fabuły w dalszych tomach.

    Czy przeczytam pozostałe dwa tomy trylogii? Nie wiem, ale chyba tak, bo głupio tak zacząć i nie skończyć, jednak trochę odczekam, zanim wrócę do Mrocznych materii. Ostatecznie w dalszych książkach wszystko może się zmienić i polepszyć. Czy polecam? I tak i nie. Nie, bo mi się nie podobało. Tak, ponieważ zbiera pozytywne opinie na różnych portalach, więc jej odbiór zależy od gustu czytającego (jak zawsze zresztą) i Wam może się podobać.

Ocena: 4/10
Liczba stron: 396
Cykl: Mroczne materie

Zorza polarna | Delikatny nóż | Bursztynowa luneta

#13 Więzień nieba - Carlos Ruiz Zafón

maja 18, 2021

#13 Więzień nieba - Carlos Ruiz Zafón

    Moja przygoda z cyklem Cmentarz Zapomnianych Książek powoli dobiega końca. Za mną już trzeci tom, przede mną czwarty, a w najbliższym czasie ma wyjść zbiór opowiadań. Kiedy zabierałam się za Grę anioła nie sądziłam, że aż tak zachwycę się tą serią i że po skończonej lekturze będę jeszcze długo o opisanych wydarzeniach w poszczególnych tomach myślała.



"Wariatem jest ten, kto ma się za całkowicie normalnego, a za nienormalnych uważa całą resztę."

    W tej części wracamy do Barcelony i dobrze znanych nam już bohaterów, czyli właścicieli księgarni Sempere i Synowie - Daniela i jego ojca, Fermina Romero de Torres'a oraz Davina Martina. Zbliża się ślub, a Fermin jest coraz bardziej osowiały i wychudzony. Pewnego dnia opowiada Danielowi całą swoją historię, której nie poznaliśmy w pierwszej części książki. 

    Bardzo szybko czytało mi się tę książkę, ponieważ pochłonęła mnie on bez reszty. Styl Zafóna jest niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Autora mogę określić jako mistrza słowa, potrafił mnie rozbawić, zasmucić, pocieszyć i to wszystko w krótkim odstępie czasu. I chociaż częściowo wiedziałam, jak historia Fermina się kończy to i tak autor trzymał mnie cały czas w napięciu.

    Trzeci tom trzyma poziom dwóch poprzednich, chociaż skupia się bardziej na wydarzeniach z przeszłości, niż teraźniejszości. Odpowiada na kilka na kilka pytań, które dotąd pozostawały bez odpowiedzi. Jeśli musiałam tę książkę odłożyć to ciągle zastanawiałam się, co będzie dalej. 

    Każdy tom cyklu Cmentarz Zapomnianych jest osobną historią, chociaż rekomendowałabym czytanie ich w kolejności, w jakiej pojawiały się na rynku. Chociaż każda z nich jest zamknięta to jednak pewne wydarzenia czy sytuacje mogą zdradzić czytelnikowi pewne tajemnice, których odkrywanie przynosi naprawdę dużo radości.

    Odrobinę się powtórzę, ale cieszę się, że nie przeczytałam tych książek wcześniej, bo mogłabym ich nie docenić tak bardzo, jak na to zasługują. Są jednocześnie zabawne i smutne. Fabuła potrafi wywołać w czytelniku naprawdę wiele emocji. Polecam się z nimi zapoznać, jeśli nie mieliście takiej okazji. Żal mi, że moja przygoda z Cmentarzem Zapomnianych Książek powoli dobiega końca, chociaż przede mną najgrubszy tom i zbiór opowiadań. 

Ocena: 7/10
Liczba stron: 416

#10 Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson

maja 09, 2021

#10 Dziewczyna, która igrała z ogniem - Stieg Larsson

    Nie upłynęło wiele czasu od momentu, kiedy skończyłam książkę "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" i sięgnęłam po jej kontynuację. Nie mogłam przestać myśleć o dalszych losach Lisbeth Salander i Mikaela Blomkwista, chociaż pierwsza część fabularnie była zamknięta. W każdym razie jestem po lekturze "Dziewczyny, która igrała z ogniem", która również pozostanie w moich myślach na dłużej.

 
 
    Lizbeth Salander podróżuje po świecie, odwiedza pomniejsze wysepki i korzysta z życia, a także ukradzionych kilku milionów. W redakcji miesięcznika Millenium Mikael Blomkvist wraz z dziennikarzem Dagiem oraz jego dziewczyną Mią planują wydanie książki oraz gazety o tematyce kobiet wykorzystywanych w seksbiznesie. W sprawę zamieszane są wysoko postawione osoby, którym bardzo zależy na tym, aby prawda nie wyszła na jaw. Niestety, w pewnym momencie sprawy dość mocno się komplikują. Co z tym wszystkim ma wspólnego Lisbeth i co wydarzyło się w jej przeszłości podczas Całego Zła?
 "Prowokowała go, grała tymi swoimi słodkimi dziecięcymi oczkami i uwiodła go ciałem, które mogłoby należeć do dwunastolatki. Pozwoliła mu się zgwałcić. To jej wina. Nigdy by nie zrozumieli, że ona w rzeczywistości wyreżyserowała przedstawienie. Zaplanowała..."

    Dziewczyna, która igrała z ogniem jest książką odrobinę inną, niż poprzedniczka. Przede wszystkim Mikael i Lisbeth nie odkrywają tajemnicy z przeszłości, tylko zajmują się tematem aktualnym, dziejącym się teraz.  Wydarzenia zmieniają się z minuty na minutę, a na dodatek czytelnik oprócz rozwiązania zagadki morderstwa próbuje (w moim przypadku z marnym skutkiem) domyślić się, co stało się w przeszłości Lisbeth i jak wpłynie to na jej przyszłość.

    Postacie są bardzo dobrze wykreowane i nie jest tak, że Larsson skupia się tylko na głównych bohaterach. Każda osoba pojawiająca się na kartach tego kryminału jest wprowadzona nieprzypadkowo, ma swoją przeszłość i udział w historii. Bohaterowie nie są opisani płytko, ale próżno szukać w Dziewczynie, która... przesady i nic nie wnoszących opisów. Wszystko ma znaczenie.

    Książka porusza bardzo aktualne tematy, chociaż została wydana w 2006 roku. Fakt, że kobiety są wykorzystywane seksualnie i zmuszane do pracy w seksbiznesie jest ciągle na czasie. Co prawda fabuła głównie skupia się na oprawcach, a nie ofiarach, czego było mi odrobinę szkoda, ale nie umniejsza to wartości książki.

    W przeciwieństwie do pierwszej części tej trylogii Dziewczyna, która igrała z ogniem nie jest jedną zamkniętą częścią, a zakończenie sprawia, że od razu chce się sięgnąć po następny tom, na szczęście mam tę możliwość. Końcówka książki to niemal jazda bez trzymanki. Pewne rzeczy się wyjaśniają, co niestety rodzi następne pytania. Chociaż raczkuję dopiero w temacie kryminałów to chyba jednak wolę zamkniętą formę, tzn. jeden tom, jedna historia, bez rozciągania na kilka książek, ale ostateczny werdykt wygłoszę po lekturze Zamku z piasku, który runął.

    Odrobinę ponad 700 stron czyta się bardzo szybko. Styl Larssona sprawia, że nawet nie ma kiedy odczuć tego, że książka ma grubość cegły. Postacie są dobrze wykreowane, fabuła przemyślana, zagadka skonstruowana po mistrzowsku. Jeśli jeszcze nie czytaliście tej trylogii to bardzo polecam.


Ocena: 7/10
Liczba stron: 704

Co nas nie zabije | Mężczyzna, który gonił swój cień | Ta, która musi umrzeć

#8 Chłopaki Anansiego - Neil Gaiman

kwietnia 27, 2021

#8 Chłopaki Anansiego - Neil Gaiman

    Macie czasem tak, że czujecie przymus przeczytania książki jakiegoś autora, ale wiecie, że Wam się nie spodoba? Ja mam, a w szczególności z twórczością  Neila Gaimana. Zaczęło się od książki pt. Gwiezdny pył, który przeczytałam, jak tylko się dowiedziałam, że film pod tym samym tytułem jest na podstawie powieści. Lektura mnie rozczarowała i był to jeden z tych momentów, w których ekranizacja okazała się lepsza niż książka. Potem dłuuugo nie miałam z Gaimanem do czynienia, do momentu, w którym postanowiłam przeczytać jego Mitologię nordycką, która okazała się średnia i Koralinę, której fabuła była w moim odczuciu płytka jak kałuża. Ale chciałam dać temu autorowi kolejną szansę, chociaż miałam przeczucie, że znów się zawiodę.

"Na blacie szafki tkwiła limonka - mały, zielony Budda.
- Zupełnie mi nie pomagasz - rzekł do niej. Zachowywał się niesprawiedliwie.
To była tylko limonka, nie miała w sobie nic szczególnego. Starała się, jak mogła."
    Ojciec Grubego Charliego zmarł i chociaż nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego syn udał się na pogrzeb. Po uroczystości od swojej dawnej sąsiadki dowiedział się, że... ma brata i aby go wezwać musi przesłać mu wiadomość za pośrednictwem pająka. W chwili alkoholowego zamroczenia Charlie przekazuje życzenie poznania brata pająkowi i od tego momentu życie mężczyzny wywraca się do góry nogami.
 
    Ciężko jest mi powiedzieć, co podobało mi się w tej książce, bo jeśli miałabym być zupełnie szczera to oprócz całkiem ciekawego pomysłu na fabułę to chyba nic. Pomysł Gaiman miał całkiem dobry, poznanie brata, o którym nie miało się pojęcia, ojciec-bóg mający tysiące lat, magi i czary, duchy, łapanie mordercy... Wszystko to mogłoby być bardzo ciekawe, ale niestety - dla mnie - nie było wcale. Musiałam niemal zmuszać się do dalszej lektury.
 
    Bohaterowie byli  irytujący. Począwszy od fajtłapowatego Charliego, który nie potrafił zawalczyć o swoje i walnąć pięścią w stół, przez Spidera, któremu wszystko w życiu się należało, nijaką Rosie - narzeczoną Charliego, Grahame Coats'a szefa-oszusta. Jakoś tak nikogo z nich nie można było polubić i mu kibicować. Jedyną bohaterką, która okazała się interesująca, była Daisy, a i to też dopiero w momencie, kiedy pojawiła się w zupełnie nowej roli. 

    Jedynym wątkiem, przy którym odczułam jakiekolwiek zainteresowanie było poszukiwanie mordercy przez Daisy. Zastanawiałam się, czy uda jej się dopaść złoczyńcę, czy może nie, co będzie z jej karierą w policji. Niestety, ta chwila dość szybko się urwała, bo inni bohaterowie weszli na scenę. I znów zmuszałam się do dalszego czytania i tylko odliczałam do końca książki. Szczęście w nieszczęściu było takie, że śledztwo zaczęło się gdzieś w 3/4 książki, więc już nie dużo zostało.

    Po takiej krytyce pewnie się zastanawiacie, dlaczego nie porzuciłam tej lektury. Bo nie umiałam. Z reguły jest tak, że jak już zacznę jakąś książkę to muszę ją dokończyć, choćbym nie wiem, jak miała się męczyć. A najgorsze jest to, że mam w planie przeczytać jeszcze z dwie książki Gaimana, którymi inni ludzie się zachwycają. Nie wiem, czy jest jakiś autor, który dostał ode mnie tyle szans, mimo tylu rozczarowań.

Ocena: 3/10
Liczba stron: 344

    PS. Nowe wydania książek Gaimana mała piękne, w moim odczuciu, okładki. Ale wersja Chłopaków Anansiego, z którą miałam (nie)przyjemność się zapoznać była tak brzydka... Grafik płakał, jak projektował.

Copyright © Let's read! , Blogger